Menu

Trójmiejskie opowieści przeróżnej treści

Koniec niemieckiego Danzig, początek polskiego Gdańska

redmysza1

Artykuł z m.trojmiasto.wyborcza.pl. Kopiuję dosłownie, żeby mi nie zginął w natłoku linków :)

Oryginał tu :

http://m.trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/1,106540,19822734,koniec-niemieckiego-danzig-poczatek-polskiego-gdanska.html?disableRedirects=true

A tu treść :

Rozmawiał Maciej Drzewicki 2016-03-25

 

W naszej pamięci o marcu - kwietniu 1945 r. brakuje dystansu. Narracji, która z jednej strony nie zaciera faktu, że to było miasto, którym rządzili naziści, a z drugiej nie widzi Armii Czerwonej tylko jako wyzwoliciela, albo tylko jako grabieżcy

z13025906AAUlicaDlugaiwidoknaRatuszGlownegoMiastazara
 
Maciej Drzewicki: Bardzo nie lubi pan określenia "powrót Gdańska do macierzy".

Jan Daniluk*: - Ponieważ patrząc choćby na politykę historyczną miasta, używanie takiego określenia wprowadza pewien dysonans. Z jednej strony organizuje się różnego rodzaju wydarzenia kulturalne, które pokazują niemiecką przeszłość Gdańska...

... pewną ciągłość historyczną...

- Zgoda, chociaż miejsca, nie elementu ludzkiego. Żeby było jasne: dla mnie określenie niemiecki Gdańsk nie ma znaczenia wartościującego, to po prostu stwierdzenie faktu historycznego.

Że przed II wojną światową mieszkali tu Niemcy.

- W zdecydowanej większości. Albo dokładniej rzecz ujmując: niemieckojęzyczni gdańszczanie, związani z kręgiem kultury niemieckiej. Kształtowanie się pojęcia narodu, rozumianego współcześnie, to przecież tak naprawdę XIX wiek. Z wielkości Gdańska Złotego Wieku, jego związków z Rzeczpospolitą wiele wówczas nie zostało. Miasto było już prowincjonalnym ośrodkiem, podupadłym po okresie napoleońskim. Wychowały się w nim nowe pokolenia gdańszczan, obywateli Prus, później II Rzeszy. W momencie zakończenia I wojny światowej Gdańsk jest miastem niemieckim, z relatywnie dużą, a przede wszystkim aktywną mniejszością polską - ale jednak mniejszością. W okresie międzywojennym w ogóle wszystko się wypacza. Dochodzą do głosu, jak nigdy przedtem, silne głosy nacjonalistyczne. Bo paradoksalnie to, co miało służyć załagodzeniu konfliktu polsko-niemieckiego - czyli utworzenie Wolnego Miasta Gdańska - de facto tylko ten konflikt zaogniło i stało się jego „paliwem”.

Po drugiej wojnie powód funkcjonowania terminu "powrót Gdańska do macierzy" wydaje się oczywisty. Polskie władze chciały podkreślić historyczne prawa do tego miejsca.

- Co ciekawe, w pierwszych latach obchodzono po prostu wyzwolenie Wybrzeża, i w tych ramach Gdańska i Gdyni. „Powrót do macierzy” jako nazwa oficjalnych uroczystości pojawia się później.

A dlaczego dziś wciąż używamy tego określenia? Boimy się reakcji ludzi wychowanych w PRL-u, którzy uczyli się "innej" historii? Nie chcemy zostać uznani za "zakamuflowaną opcję niemiecką"?

- Myślę, że to bardziej prozaiczna kwestia. Generalnie urzędnicy - nie tylko gdańscy - są dość zachowawczy, nie lubią historycznych kontrowersji. Podam taki przykład. Jakiś czas temu wykonano z inicjatywy miłośników Orłowa wierną replikę słupa granicznego, jaki stał miedzy Polską a Wolnym Miastem, czyli między Gdynią a Sopotem. Pojawił się pomysł, by ustawić go razem z tablicą informacyjną możliwie blisko pierwotnego miejsca, przy ujściu rzeczki w Orłowie, akurat jeszcze na terenie należącym do Sopotu. Póki co nic z tego nie wyszło, sopocki magistrat, którego zgoda była niezbędna, wyraził się o pomyśle negatywnie, uznając go „za kontrowersyjny”. Nie mogę tego zrozumieć. Gdzie tu kontrowersja? Nikt przecież nie chciał odtwarzać Wolnego Miasta. To jednostkowy przykład urzędniczej zachowawczości, która moim zdaniem idzie za daleko.

Czy z naszej perspektywy w ogóle mamy co świętować? W ostatnim czasie w dobrym tonie jest zwracanie uwagi osobom, kto o wydarzeniach z marca 1945 r. mówią "wyzwolenie".

- Też staram się nie używać terminu: „wyzwolenie”, a jeżeli już, to co najwyżej w cudzysłowie. W końcu przecież po wyzwoleniu kraj jest wolny. A po 1945 r. - dziś to chyba nie podlega dyskusji - to nie był w pełni suwerenny kraj. Z drugiej strony przestrzegam przed jednostronnym przedstawianiem wydarzeń z marca i kwietnia 1945 r., bez uwzględniania kontekstu. Samo podkreślanie tylko i wyłącznie tego, co tutaj robili czerwonoarmiści, wykrzywia obraz. Jest pewnym paradoksem i jednocześnie niebezpieczeństwem, że dzisiaj szeroko pojęta prawa strona sceny politycznej, przy każdej okazji podkreślając brutalność czerwonoarmistów, grabieże i rabunki, jednocześnie sprawia, ze zaczynamy mniej ostro widzieć to, co robili Niemcy w czasie II wojny, czy w ogóle kto tę wojnę wywołał... Jakoś staje się mniej ważne, kto wojska niemieckie stąd wyparł. A to rola Armii Czerwonej, wsparcie jednostek polskich na tym terenie było znikome. I to się przekłada na tysiące ofiar wśród żołnierzy radzieckich. Czy to się nam podoba, czy nie. O nich też należy pamiętać, oczywiście nie zapominając, co działo się tu bezpośrednio po zakończeniu działań wojennych. Nikt nie mówi, że to łatwa historia.

Czy ta perspektywa: mocno akcentująca sowieckie bestialstwa, bez szerszego kontekstu nie sprawia, że trochę bezwiednie zaczęliśmy się utożsamiać z ówczesnymi gdańszczanami? Czy nie zaczynamy mieć poczucia "wspólnej" historii? Przecież o niczym takim nie może być mowy. Gdyby Niemcy, którzy tu wówczas mieszkali, wojnę wygrali, my dziś na pewno nie bylibyśmy gdańszczanami.

- Rozumiem o co panu chodzi, jednak w sentymencie do miejsca, potrzebie ciągłości, nie ma nic złego. Powiem więcej, warto to kultywować. Chodzi natomiast o to, by w narracji o tym, co się tu stało w 1945 r., znaleźć formułę, która nie będzie z jednej strony tanim sentymentalizmem, skupiającym się tylko na losach samego miasta i jego zabytkach, z drugiej zaś nie będzie się też skupiała na jednostronnym przedstawianiu Armii Czerwonej tylko jako grabieżcy.

Jest jeszcze jedna bardzo ważna uwaga: zapominamy, że Niemcy nie byli tutaj okupantami. Oni tu cały czas byli u siebie. Oczywiście pamiętamy o Polakach, Żydach, aresztowanych w 1939 r., z których większość tej wojny nie przeżyła, także o robotnikach przymusowych i jeńcach wojennych, trafiających tutaj z terenów okupowanej Polski czy innych części Europy. Oni też tu byli. Ale było to miasto zamieszkiwane w zdecydowanej większości przez ludność niemiecką, o niemieckim charakterze. Inna prawa, czy ona popierała ten reżim, czy nie.

Nie oszukujmy się, w większości na pewno tak.

- Pewnie tak, chociaż w państwie totalitarnym trudno wyrokować, jaki odsetek ludności w rzeczywistości popierał politykę władz, jaki był bierny, a jaki starał się stawiać opór. Dla naszych rozważań teraz nie ma to znaczenia. W pamięci o marcu i kwietniu 1945 r. brakuje mi pewnego spokoju i dystansu. Narracji, która z jednej strony nie zaciera faktu, że to było miasto, którym rządzili niemieccy naziści, a z drugiej nie widzi Armii Czerwonej tylko jako wyzwoliciela, albo tylko jako grabieżcy. Odpowiedzialność za losy miasta i jego mieszkańców ponoszą obydwie strony, i Niemcy, i Sowieci.

Początek końca niemieckiego Gdańska. Kiedy się zaczęło "ostatnie odliczanie"?

- Mówi się zazwyczaj o 12 stycznia 1945 roku, początku ofensywy radzieckiej znad Wisły. Tak naprawdę jednak w Gdańsku wojnę z cała intensywnością zaczęło się czuć, kiedy walczyła Warszawa, w sierpniu 1944 roku. Rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę prace ziemne przy umocnieniach na obrzeżach miasta, zawiązał się specjalny sztab, mający przygotować region do obrony i ewakuacji
Choć plaże wciąż pełne były wypoczywających gdańszczan...

- ale już pod koniec sierpnia docierają na statkach do portu gdańskiego pierwsze zorganizowane transporty uciekinierów z dzisiejszej Łotwy i Estonii. Do końca roku tylko drogą morską przybyło do miasta co najmniej 140 tys. osób. Do tego przecież należy dodać masę osób zmierzających drogami lądowymi do Gdańska z Prus Wschodnich czy Kujaw. Rosną lawinowo problemy aprowizacyjne, lokalowe i komunikacyjne (miasto było teoretycznie przygotowane na przyjęcie 100 tys. osób). Gdańsk według oficjalnych danych w maju 1944 r. liczył 288 tys. mieszkańców. Jednocześnie już we wrześniu ograniczone zostaje wydawanie prasy, zamykane są teatry i kina. Intensyfikacji nabiera ewakuacja dóbr kultury i nauki, ale też dzieci i młodzieży z gęsto zabudowanego Śródmieścia. Gdańsk był długo relatywnie nietknięty wojną. Naloty oczywiście były, ale nie wyrządziły większych zniszczeń. Liczby ofiar wśród ludności Gdańska nie ma w ogóle co porównywać z tym, co działo się w miastach zachodnich czy północnych Niemiec

O czym mówi propaganda w Gdańsku w drugiej połowie 1944 roku? O przejściowych problemach na froncie?

- Wtedy mówią już o mobilizacji, jedności, zwarciu szeregów

Pojawia się teza, że Armia Czerwona podczas działań wojennych celowo niszczyła Gdańsk, chcąc zetrzeć z powierzchni ziemi miejsce, w którym - i w pewnym sensie przez które - rozpoczęła się II wojna. Tak tłumaczy się niemal kompletne zniszczenie Głównego Miasta. Z drugiej strony jednak Niemcy stawili w Gdańsku zacięty opór, doszło do walk ulicznych, których następstwem musiały być potężne zniszczenia.

- Nie znam żadnego takiego dokumentu, z którego jednoznacznie wynika, że rozkazano zniszczyć Gdańsk tylko dlatego, że „tu się wszystko rozpoczęło”. Zdobycie miasta było konkretnym celem operacyjnym. Niemcy bronili ważnego ośrodka gospodarczego i komunikacyjnego. Armia Czerwona musiała go zdobyć. Choć symbol też miał woje znaczenie, 1 września 1939 r. był przecież datą ważną i tragiczną.

Dla Rosjan też? Oni przecież rozpoczęli Wojnę Ojczyźnianą w 1941 r.

- To prawda, ale kiedy 30 marca 1945 ogłoszono, że Gdańsk został zdobyty, w Moskwie biły dzwony, a oficjalny komunikat mówił o odzyskanych „prastarych ziemiach słowiańskich”. Zdobycie Gdańska miało duże znaczenie zarówno polityczno-symboliczne, jak i wojskowe. A co do ogromnych zniszczeń - ma pan rację: trwała wojna, przeciwnik nie opuścił miasta dobrowolnie, toczył zacięte boje, wyznaczył kilka linii obrony...

Jeszcze jedno - na ogół staram się unikać takich odniesień, ale w tym wypadku robię wyjątek, bo termin decydujących walk jest mocno symboliczny. Ten kluczowy dla losów niemieckiego Gdańska tydzień, gdy miasto padało, był Wielkim Tygodniem. Wielki Piątek przypadał właśnie 30 marca.

Ten dzień najczęściej przyjmuje się jako datę zdobycia Gdańska.

- Tak, chociaż po wojnie daty, w których świętowano, mocno się zmieniały. Zresztą to data wyjątkowo umowna. 1 kwietnia przecież Niemcy trzymali jeszcze pozycje na Westerplatte i na Stogach.

Zastanawia determinacja oddziałów niemieckich. Oczywiście wiemy, że hitlerowcy do ostatnich dni za dezercję karali śmiercią, a trupy "zdrajców" - żołnierzy i cywili - wisiały na drzewach wzdłuż Adolf Hitler Strasse (dziś al. Zwycięstwa). Ale czy strach przed wyrokiem to wystarczający powód takiej determinacji? Czy oni wiedzieli, co ich czeka z rąk zwycięzców, dlatego tak zacięcie walczyli?

- Zapewne wiedzieli. To były oddziały, które cofały się z Prus Wschodnich albo z Kujaw. Oczywiście uzupełnione członkami miejscowego Volkssturmu. A że bronili się do końca... Odnoszę wrażenie, że my w ogóle mamy tendencje do zbyt lekkiego przechodzenia nad tym wszystkim, co niesie ze sobą wojna. Może pan się ze mną nie zgodzić, ale II wojna światowa w powszechnym odbiorze nam spowszedniała. Weźmy nasze Westerplatte w 1939 roku, żołnierzy, którzy w absolutnie beznadziejnej sytuacji bronią się siedem dni. Kwitujemy to zwykle jednym zdaniem: bohaterski, zacięty opór. To takie słowa-wytrychy, szczególnie powtarzane (bez refleksji) na różnego rodzaju akademiach. Mnie to cały czas fascynuje Na swój sposób to dla mnie cały czas niepojęte. Niesamowite.

I w 1945 naród, który tę wojnę rozpoczął, też broni się do ostatniego żołnierza.

- Relacje tamtych żołnierzy, ale też i cywili, które dziś znamy, są bardzo różne, czasem ze sobą sprzeczne. Trudno wyłonić generalny obraz. Strach jest wszechobecny. Jest kilka ciekawych wspomnień rannych żołnierzy, dowodzących, że ci ludzie nie widzą w tym wszystkim co się dzieje, sensu. Z drugiej strony są relacje o niejednokrotnym stawianiu oporu dosłownie do ostatniego naboju. O ludziach, którzy wyskakują przed czołgi, niszczą je i sami giną.

A propos Westerplatte. W 1945 też poddaje się ostatnie...

- Na pewno jedno z ostatnich.

Znalazłem informację, że otoczeni żołnierze niemieccy bronili się siedem dni, od 1 do 7 kwietnia...

- Wiem, o jakim źródle pan mówi. Trudno to jednak dziś ostatecznie zweryfikować. Faktem jest, że Westerplatte znowu było redutą obrony, tym razem niemieckiej. Ale to, czy bronili się akurat siedem dni, nie jest takie pewne. Na pewno byli tam jeszcze 1-2 kwietnia. Na pewno już byli odcięci, Przeróbka została zajęta 31 marca.

W końcu Gdańsk zostaje zdobyty. I ludność cywilną spotyka hekatomba. Gwałty, mordy, podpalanie kościołów, w których gromadzą się wierni uciekający z płonących domów.

- Konkretnie wiemy o jednym takim przypadku, w kościele św. Józefa.
Chciałem właśnie zapytać o skalę tych wydarzeń.

- Niestety, niewiele możemy powiedzieć na pewno. W powojennej Polsce o takich rzeczach się nie mówiło. Jeżeli już wspominano o Armii Czerwonej w Gdańsku, wyciągało się przykłady, jak jakiś oficer uratował kobietę przed rozstrzelaniem, bo ta w ostatniej chwili powiedziała parę słów po polsku.

Są takie relacje?

- Oczywiście, choć jest ich rzecz jasna mniej. Strona niemiecka z kolei podkreśla wyłącznie grabieże, gwałty. Jakkolwiek bezdusznie by to nie zabrzmiało: wszystkie te relacje przedstawiają konkretny wycinek rzeczywistości, ale tylko wycinek. A dla historyków niezwykle istotna jest skala wydarzeń. Nie ulega wątpliwości, że w ostatnich latach zaczęliśmy umniejszać obraz wojennych zniszczeń Gdańska, akcentując to, co działo się już po zdobyciu miasta. A przecież zmasowany ostrzał artyleryjski, bombardowania w gęstej zabudowie śródmieścia, przy coraz mniejszych możliwościach akcji ratowniczych - to wszystko musiało spowodować znaczne zniszczenia. O szalejących pożarach jeszcze przed zakończeniem działań wojennych opowiadają wszyscy. Jak zwykle wraca tylko pytanie o skalę.

Szokujące, jak mało wiemy o tamtych dniach. Ma się czasem wrażenie, jakbyśmy dyskutowali o zaginionej kulturze Majów, a nie o wydarzeniach sprzed 71 lat...

- Tak, ale był to proces gwałtowny i jednocześnie krótkotrwały, któremu towarzyszyła ogromna migracja ludności, wszechobecna niestałość oraz zniszczenie. Wszystko to sprawia, że dziś niejednokrotnie trudniejsze jest odtworzenie tego, co działo się w Gdańsku w marcu 1945 r. niż podczas - dajmy na to - jakiejś powodzi czy epidemii w XIX w.

Ile ludzi opuściło Gdańsk po kwietniu 1945 r.?

- Tak naprawdę nie mamy pojęcia.

Setki tysięcy?

- Z pewnością. 17 marca 1945 r. - gdy rejon Gdańska, Sopotu i Gdyni był już okrążony, według szacunków urzędników miało przebywać tu od 600 tys. do miliona osób. Duży rozrzut, prawda? Dla przypomnienia, wiosną 1944 r. Gdańsk, Gdynia i Sopot liczyły łącznie zapewne blisko 450 tys. mieszkańców.

Różnica to uchodźcy ze wschodu, którzy nie zdążyli wyruszyć stąd dalej w głąb Niemiec?

- Nie tylko. Uciekinierzy, ranni i zdolni do walki żołnierze, robotnicy przymusowi, pojedynczy jeńcy wojenni. Większość tych ostatnich, jak i więźniów filii obozu koncentracyjnego Stutthof czy osadzonych w więzieniach i aresztach, postarano się wcześniej ewakuować w głąb Rzeszy. W połowie czerwca 1945 r. w mieście miało być około 134 tysięcy osób.

Już z ludnością napływową, bo przecież od kwietnia o Gdańska przyjeżdżają już Polacy?

- Oczywiście. Polaków miało być ok. 8,5 tysiąca. Wiele tu jeszcze nieodkrytych, tragicznych kart z roku 1945, związanych z bestialstwami po obu stronach konfliktu. Z jednej strony mówimy o tym, co spotkało ludność cywilną po zakończeniu działań wojennych. I bardzo dobrze. Ale pamiętajmy i o drugiej stronie. Ostatnio opublikowano artykuł oparty na szeregu zeznań sowieckich jeńców i robotników przymusowych, którym udało się przeżyć w Gdańsku do momentu nadejścia Armii Czerwonej. Powtarzają się informacje, że Niemcy jeszcze w lutym i marcu 1945 r. wyprawiali barkami jeńców i robotników przymusowych na Zatokę Gdańską i tam zatapiali.

Jak dziś powinniśmy obchodzić kolejne rocznice zdobycia, albo - jak kto woli - "wyzwolenia" Gdańska?

- Jest kilka pytań, na które powinniśmy sobie odpowiedzieć. Po pierwsze: jak nazywać rocznicę tych wydarzeń. Po drugie: jak je obchodzić. Przyjęło się, że składamy kwiaty pod pomnikami czy na cmentarzach. To rozumiem, mam natomiast problem z formułą, w jakiej się to dzieje. W ubiegłym roku głośno było o składaniu kwiatów przez władze Gdańska, w towarzystwie rosyjskiego konsula, na cmentarzu żołnierzy radzieckich. Żeby było jasne: mam szacunek do zmarłych, pamiętając nawet w jakich armiach służyli. Ale czym innym jest szacunek, spokój zmarłych, pamięć o nich, a czym innym honorowanie tej pamięci przez organizację oficjalnych uroczystości. Tym bardziej, że strona rosyjska reaguje alergicznie na przestawianie żołnierzy Armii Czerwonej w jakikolwiek inny sposób niż jako wyzwolicieli. Składając ramię w ramie kwiaty z przedstawicielem Rosji, chcąc nie chcąc możemy sprawiać wrażenie, że przychylamy się do takiego, czarno-białego postrzegania historii.

Może to nie najlepsze porównanie, ale czy możemy sobie wyobrazić, że 1 września na Cmentarzu Garnizonowym, gdzie jest kwatera poległych policjantów i żołnierzy niemieckich, konsulat niemiecki i najwyżsi urzędnicy miejscy składają razem kwiaty? Chyba nie.

Co powinniśmy robić? Musimy pamiętać, że Armia Czerwona wyparła stąd Niemców, ale niech nie będzie to kadłubowa pamięć. Przed 1989 rokiem mieliśmy jednostronny obraz tamtych wydarzeń, ale po tej dacie wahadło wychyliło się w drugą stronę. To też błąd. Marzyłyby mi się uroczystości mające charakter refleksyjny, pozbawione zbędnego triumfalizmu i patosu, skłaniające raczej do rozważań nad konsekwencjami wojny i zbrodniczym charakterem obu systemów totalitarnych. To ważne szczególnie w miejscu, w którym Niemcy rozpętali II wojnę światową, a następnie konsekwentnie realizowali swoją zbrodniczą politykę, jak i gdzie w 1945 r. "wyzwoliciele", wypierając niemieckie oddziały, dopuścili się bestialstw na ludności cywilnej. Ostatnie dni marca 1945 r. stały się końcem niemieckiego Danzig, a początkiem polskiego Gdańska. Może to jest najwłaściwsza perspektywa?



* Jan Daniluk - absolwent historii na UG, doktorant. Temat pracy doktorskiej (finalizowanej pod kierunkiem prof. dr hab. Marka Andrzejewskiego): „ «Miasto skoszarowane ». Garnizon Gdańsk w latach 1939-1945”. Od marca 2015 r. historyk w Dziale Naukowym Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. W latach 2009-2015 pracował w pionie edukacyjno-naukowym gdańskiego oddziału IPN. W latach 2005-2009 był związany z Parkiem Kulturowym Fortyfikacji Miejskich „Twierdza Gdańsk”.

Wielki Piątek

redmysza1

22 marca 1940 roku był to WIELKI PIĄTEK
 Tego dnia po porannym apelu w "karnej kompanii" Konzentrationslager Stutthof  wyselekcjonowano 67 osób i pod eskortą licznego oddziału esesmanów wyprowadzono głęboko w las. Po kilku godzinach ilość powracających osób była zdecydowanie mniejsza- wrócili tylko strażnicy...

stutthof
W końcu listopada 1946 roku w lesie około dwóch kilometrów od obozu znaleziono masowy grób. Zwłoki ekshumowano, te które się dało, zidentyfikowano. Trwało to od 28 listopada do 4 grudnia 1946 roku. W rocznicę Krwawego Wielkiego Piątku , w Wielki Piątek 1947 roku ( 4 kwietnia) szczątki spoczęły na Cmentarzu na gdańskiej Zaspie.
Oto lista ofiar:
22 marca 1940 r. rozstrzelano następujące osoby:
 
1. Binnebesel Alfons, ur. 22.04.1904 r., kolejarz;
 2. Block Alojzy, syn Leona ur. 22.08. 1916 r., praktykant kolejowy;
 3. Block Leon, ur. 11.04.1887, urzędnik kolejowy;
 4. Borzyszkowski Edmund, ur. 1904 r., nauczyciel;
 5. Ciepłuch Feliks, ur. 12.05. 1905 r., nauczyciel;
 6. Cymorek Rudolf, ur.11.11.1890 r., pracownik Rady Portu i Dróg Wodnych w Gdańsku;
 7. Czyżewski Mieczysław, ur. 22.01.1885 r., właściciel drukarni i wydawca;
 8. Dettlaff Edmund, ur. 7.09.1913 r., asystent kolejowy;
 9. Filarski Bernard, ur. 1.08.1880 r., dr medycyny, stomatolog PKP i Gimnazjum
 Polskiego w Gdańsku;
 10. Gauza Józef, ur. 1901 r., nauczyciel;
 11. Garyantysiewicz Alfons, ur. 14.07.1906 r., referendarz kolejowy;
 12. Gierszewski Feliks, ur. 1.04.1908 r., pocztylion Poczty Polskiej w Gdańsku;
 13. Goldmann Stefan, ur. 19.07.1897 r., kupiec, dyrektor Centrali Rolników w Gdańsku;
 14. Górecki Marian, ur. 21.05. 1903 r., ksiądz, opiekun kaplicy pw. Matki Bożej
 Częstochowskiej w Gdańsku – Nowym Porcie, prefekt Gimnazjum Polskiego w Gdańsku,
 beatyfikowany 13.06.1999 r. w Warszawie;
 15. Grabowski Leon Zygmunt, ur. 26.03.1880 r., kontroler ruchu PKP;
 16. Gregorkiewicz Józef, ur. 3.03.1884 r., starszy asystent kolejowy;
 17. Grimsmann Zygmunt, ur. 2.05. 1910 r., asystent pocztowy;
 19. Jesikiewicz Jan, ur. 8.06.1916 r., nauczyciel;
 20. Jurkiewicz Antoni, ur. 20.11.1895 r., starszy asystent kolejowy;
 21. Klimkiewicz Teodor, ur. 16.04.1881 r., emerytowany inspektor Poczty Polskiej;
 22. Knitter Wincenty, ur. 28.01.1898 r., kolejarz;
 23. Komorowski Bronisław, ur. 28.01.1899 r., ksiądz, proboszcz kościoła p.w. Św. Stanisława
 BM w Gdańsku – Wrzeszczu, beatyfikowany 13.06. 1999 r. w Warszawie;
 24. Kosznik Paweł, ur. 3.06.1899 r.; inspektor kolejowy;
 25. Kramer Gustaw, ur. 6.06.1898 r., inżynier elektryk, kupiec;
 26. Kryn Jan, ur. 4.09.1909 r., asystent Poczty Polskiej w Gdańsku;
 27. Lange Bogdan, ur. 4.02. 1906 r., adiunkt kolejowy;
 28. Lendzion Antoni, ur. 10.07.1888 r., działacz związkowy Zjednoczenia Zawodowego
 Polskiego, poseł do Volkstagu WMG;
 29. Łysakowski Konrad, ur. 28.12.1893 r., handlowiec, pracownik firmy PAGED w Gdyni;
 30. Majkowski Jan, ur. 24.08.1893 r. , urzędnik bankowy;
 31. Mionskowski Augustyn, ur. 18.08.1894 r., pracownik PKP w Gdańsku;
 32. Młodzieniewski Franciszek, ur. 6.12.1894 r. pracownik Rady Portu i Dróg Wodnych w
 Gdańsku;
 33. Muzyk Feliks, ur. 6.03. 1898 r., prokurent banku polsko – brytyjskiego w Gdańsku;
 34. Nitka Edward, ur. 11.10.1892 r., asystent kolejowy;
 35. Nitka Brunon, ur. 19.06. 1897, restaurator;
 36. Ossowski Józef, ur. 20.12.1893 r. , starszy asystent kolejowy;
 37. Papka Alfons, ur. 1.12.1906 r., starszy asystent Poczty Polskiej w Gdańsku;
 38. Paszota Bolesław, ur. 31.08.1884 r., emerytowany naczelnik Poczty Polskiej w Gdańsku;
 39. Piasecki Bolesław, ur. 14.07. 1900 r., pracownik cywilny Wydziału Wojskowego
 Komisariatu Generalnego Rzeczypospolitej Polskiej w Gdańsku;
 40. Planeta Juliusz, ur. 4.06.1902 r., Starszy asystent Poczty Polskiej w Gdańsku;
 41. Pniewski Władysław, ur. 3.02.1893 r., dr filologii polskiej, profesor Gimnazjum
 Polskiego w Gdańsku;
 42. Reetz Stanisław, ur. 8.05.1897 r., starszy ekspedient Poczty Polskiej w Gdańsku;
 43. Sojecki Konrad, ur. 19.02.1890 r., starszy asystent PKP w Gdańsku;
 44. Suchecki Brunon, ur. 1902 r., nauczyciel w Złotowie;
 45. Szarski Gustaw, ur. 31.01.1899 r., inspektor celny;
 46. Szuca Michał, ur. 4.04.1886 r., dr praw, radca finansowy Rady Portu i Dróg Wodnych w
 Gdańsku;
 47. Thomas Henryk, ur. 20.09.1898 r., inżynier, pracownik Dyrekcji PKP w Gdańsku;
 48. Trzebiatowski Leon, ur. 6.04. 1890 r., kolejarz, pracownik PKP w Gdańsku;
 49. Wesołowski Augustyn, ur. 11.10.1882 r., kupiec, wiceprezes Gminy Polskiej w WMG;
 50. Wieczorkowski Henryk, ur. 22.06.1886 r., dziennikarz;
 51. Wika – Czarnowski Anastazy, ur. 30.05.1887 r., emerytowany dyrektor Poczty Polskiej w
 Gdańsku;
 52. Witkowski Szymon, ur. 15.09.1878 r., kolejarz;
 53. Woyda Piotr, ur. 28.09.1877 r., dr praw, wicewojewoda pomorski w l. 1920-1924;
 54. Ziółkowski Tadeusz, ur. 5.06.1888 r., komandor pilotów w Gdańsku, pracownik Rady
 Portu i Dróg Wodnych;
 55. – 67. – nazwiska ofiar nieznane.

Jak widać z tej listy byli to głównie Polacy pochodzący z Gdańska, Gdyni i innych miast Pomorza, przedstawiciele polskiej inteligencji. Ich lista w ramach akcji "Intelligenzaktion" była sporządzona na długo przed rozpoczęciem wojny. Nauczyciele, lekarze, księża, prawnicy, urzędnicy itd,itd wszyscy oni byli skazani już na długo przed 1 września 1939.
Pierwszych aresztowań dokonano w nocy z 31 sierpnia na 1 września wg ściśle sporządzonych list. W Gdańsku i okolicach było to około 1500 osób. Przewożono ich do Victoria Schule ( dzisiaj Wydział Biologii UG ul. Kładki- dawna szkoła dla dziewcząt) i do tzw. Starych Koszar w Nowym Porcie.Podobnie było w innych częściach naszego  kraju ale i na terenie Niemiec- Prusy Wschodnie, Śląsk, Pomorze Środkowe itd.
Tych w Gdańsku, po brutalnych przesłuchaniach, przewożono do nowo tworzonego obozu na Mierzei Wiślanej- Stutthof.
Tych przeznaczonych do eliminacji poddawano poniżeniu na wszelkie możliwe sposoby. Bito, torturowano, zmuszano do najbardziej brudnych i poniżających prac, jak np czyszczenie własnymi rękami obozowych klozetów. Szczególnie pastwiono się nad tymi, którzy przed wojną pracowali nad utrzymaniem polskości. Głównie dotyczyło to Księży, nauczycieli, działaczy politycznych.
W Niedzielę Palmową ( 17 marca '40) z takich właśnie osób utworzono karną kompanię , liczącą około 100 osób i umieszczono ją w osobnym baraku. Ograniczono im racje żywnościowe, pozbawiono zapasowej odzieży i bielizny. Oprawcom zależało na upodleniu, zaszczuciu i złamaniu ducha więźniów. Ich los był przesądzony.
Nastał w końcu Wielki Piątek.... 

 

zdjęcie ze strony Holocaust Memorials

Jakie były ( i są) związki św. Wojciecha z Gdańskiem?

redmysza1

Kolejna rocznica dokonania pewnego przestępstwa- rabunku. W dodatku świętokradczego.

20 marca 1986 roku o godzinie 7.40 do komendy MO (zwanej wówczas Miejskim Urzędem Spraw Wewnętrznych) w Gnieźnie zadzwonił proboszcz parafii archikatedralnej. Poinformował, że ktoś zrabował z katedry srebrne ozdoby z zabytkowego sarkofagu św. Wojciecha.
Rabusie do świątyni dostali się na linkach alpinistycznych. W tym czasie prowadzony był remont kościoła. W wypadku tej kradzieży, złodziejom nie chodziło o sam XVII-wieczny relikwiarz, ale o srebro.Artystyczna wartość zniszczonych i skradzionych przedmiotów nie interesowała ich ani trochę. Rabunek był po prostu bezprecedensowym aktem wandalizmu. Po chamsku, łomami i brzeszczotami wyrwali i wycięli ozdoby, dewastując całość.

gniezno
Bracia Krzysztof i Marek M. oraz towarzyszący im Waldemar B. oderwali od srebrnej trumny pastorał, mitrę, ewangeliarz, który św. Wojciech trzymał w ręku i poduszkę, na której się wspierał. Odłamali także skrzydła sześciu orłom stanowiącym podporę trumienki i oderwali zdobiącego ją anioła. Pozbawiony nóg tułów męczennika zabrali w całości. Okazał się ciężki i trudny do przewiezienia. Odrąbali więc siekierą głowę i rękę, a resztę zakopali w piasku w pobliżu katedry z zamiarem zabrania łupu w dogodniejszym momencie.
Śledczym łatwo nie było, pomogło dopiero wyznaczone kilkaset tysięcy złotych nagrody. Milicjanci "dostali cynk" i 26 marca odnaleźli fragmenty zrabowanych przedmiotów w.............Gdańsku, w garażu , na Przymorzu na ul. Obrońców Wybrzeża, obok domu gdzie mieszkali złodzieje. Ten dom dzisiaj już nie istnieje, w tym miejscu jest obecnie parking centrum Leclerc.       Odciski z obuwia z domu braci M. opowiadały śladom znalezionym w katedrze. Na jednym z odzyskanych brzeszczotów odkryto odcisk palca Marka M., a ślady po srebrze wykryto też na ubraniach zatrzymanych.Ponieważ sprzedaż relikwiarza w jego oryginalnej postaci była praktycznie nierealna, złodzieje postanowili go przetopić.Do prowadzących sprawę dotarła informacja, że w jednym z garaży Gdańska trzech mężczyzn przetapia palnikiem acetylenowym jakieś blachy - najprawdopodobniej srebrne. Wszystkim postawiono zarzut kradzieży z włamaniem na sumę 53 mln 740 tys. zł. Na podstawie zeznań Krzysztofa M. aresztowano pomysłodawcę napadu – Piotra N. Odpowiedzialni za kradzież dostali po 12–15 lat więzienia.

Tu link do fragmentu PKF na ten temat:

http://www.repozytorium.fn.org.pl/?q=pl%2Fnode%2F9117


Relikwiarz był jednak zdewastowany- arcydzieło wykonane przez ... gdańszczanina Petera van der Rennena w 1662 r.( dobrze, że chociaż relikwie nie ucierpiały)
Przystąpiono do rekonstrukcji, wykorzystując oczywiscie, również to przetopione srebro skonfiskowane rabusiom. A kto rekonstruował relikwiarz?
Tej odpowiedzialnej pracy podjął się ...gdańszczanin- nasz znakomity Wawrzyniec Samp. Ukończył ją w 1989 roku i znowu możemy zachwycać się pięknem...

Nasze miasto ciągle przewija się w tej opowieści, ale jeśli chodzi o postać św.Wojciecha ( Adalberta), to jego związki z Gdańskiem są zdecydowanie dużo, dużo dłuższe.
Wszak to on , biskup praski, w połowie marca 997 roku stanął w Gnieźnie, życzliwie przyjęty przez Bolesława Chrobrego. W porozumieniu z księciem pragnął prowadzić misję na obrzeżach państwa Polan, w pogańskich Prusach.Męczeńska śmierć Wojciecha nastąpiła w Świętym Gaju, nieopodal Dzierzgonia i Pasłęka, z rąk tych których chciał nawracać. Ale zanim tam dotarł po drodze zawitał oczywiście do Gdańska.
"urbs Gydannyzc"- tak w żywocie świętego nazywa nasze miasto benedyktyński mnich z klasztoru na Awentynie. Jest to pierwsza pisana wzmianka o grodzie nad Motławą.

Prusom nie podobało się to, że Adalbertus wchodzi w ich zwyczaje i chce je zmieniać.Po zabiciu go, jego głowę zatknięto na żerdzi i skierowano w stronę Polski, ciało zaś wrzucono do rzeki. Głowę udało się wykraść i przywieziono do Gniezna( do dzisiaj , po różnych dziejowych perypetiach "potroiła się" ;) oprócz Polski o autentyczności swoich egzemplarzy przekonani są mieszkańcy czeskiej Pragi , a także Akwizgranu. Ciało( tylko, czy aby na pewno jego, wszak było już bez głowy) misjonarza wykupił Bolesław Chrobry na wagę złota i z wielką czcią przewieziono je do Gniezna. Potem ciało świętego przechodziło przez różne ręce Po drodze kondukt zatrzymał się w okolicach Gdańska i do dziś w tym miejscu mamy dzielnicę Gdańsk Św Wojciech.

Tak więc, związki Gdańska z postacią świętego są bardzo bliskie, na różnych płaszczyznach.
Relikwiarz w Gnieźnie znowu zachwyca swym pięknem, a jeżeli ktoś nie moze tam pojechać, by go obejrzeć, to w Archikatedrze Oliwskiej, tuż przed ołtarzem głównym jest jego miniatura. Zawiera relikwie- fragment kości przedramienia głównego bohatera mojej opowieści.

oliwa2

zdjęcie stąd : http://www.zdsk.pl/zabytki-archikatedry-oliwskiej/75-oltarz-glowny-archikatedry-oliwskiej

A gdyby ktoś chciał sobie bardziej "beletrystycznie" przybliżyć temat, to polecam znakomitą książkę "Gra w kości" Elżbiety Cherezińskiej

Związek Pruski

redmysza1
Wspominałam już kiedyś o tym, jak to w 1308 roku, w listopadzie Krzyżacy podstępnie opanowali Gdańsk. Ich rządy w naszym mieście, i nie tylko tu, trwały prawie 150 lat. Wprawdzie było zwycięstwo nad Zakonem w lipcu 1410, ale potem, niestety, był też I Pokój Toruński.
Zaczęła się rodzić opozycja. Najpierw w lutym 1397 roku zawiązano Związek Jaszczurczy.
A dzisiaj mija kolejna rocznica powołania Związku Pruskiego.
Decyzja zapadła na zjeździe ziem i miast pruskich w Elblągu 21 lutego 1440 r,
a formalnie założono go 14 marca 1440 roku na zjeździe w Kwidzynie. Założyło go rycerstwo, przedstawiciele patrycjatu miejskiego i kupcy ziemi chełmińskiej, Pomorza Gdańskiego, Powiśla i Warmii.
zp
Stany pruskie, działające w nim miały zapewniać sobie wzajemną pomoc w razie jakiejś niesprawiedliwości ze strony Zakonu, podejmowały też wspólne działania społeczno-gospodarcze i polityczno-prawne.
Początkowo działalność ta nie przeszkadzała specjalnie Krzyżakom. Początkowo tolerowali tę sytuację, ale już po roku zaczęli organizację zdecydowanie zwalczać.
Najpierw próbowali się układać. W zamian za likwidację Związku, obiecywały, że zwalczą nadużycia prawno-finansowe. Potem próbowali skłócić rycerstwo i mieszczaństwo. Wreszcie władze Zakonu zwróciły sie do papieża i cesarza z oskarżeniem, że organizacja jest niezgodna z prawem kościelnym.
Związek Pruski nie pozostawał obojetny na te kroki. Chcąc uniknąć procesu papieskiego, złożył w 1452 r. skargę na Zakon, na ręce cesarza Fryderyka III Habsburga. Tajna Rada Związku Pruskiego przygotowała szczegółowy wykaz nadużyć Krzyżaków. Zakon starał się nie dopuścić do sądu - dokonano nawet napadu na posłów pruskich. Cesarz wydał jednak wyrok korzystny dla Zakonu i nakazał Związkowi rozwiązać się, a wobec opornych zezwolił na represje.
W odpowiedzi Związek Pruski wysłał poselstwo do króla Kazimierza Jagiellończyka z propozycją by przyjął Prusy pod swoją władzę. Jednocześnie Związek rozpoczął powstanie antykrzyżackie i opanował większość krzyżackich zamków. 6 III 1454 r. Kazimierz Jagiellończyk podpisał akt inkorporacji Pomorza i Prus do Polski. W rezultacie doprowadziło to do wojny polsko-krzyżackiej.
Trwała 13 lat i zakończyła II Pokojem Toruńskim, będącym praktycznie końcem rządów zakonników- rycerzy z czarnym krzyżem na białym płaszczu....
 
I jeszcze pozwalam sobie skopiować tu tekst, kogoś kto chyba wie najlepiej jak to było bo mieszka w Kwidzynie ;)
 
a tu kopia tekstu :
 

Związek Pruski - czy wiesz już dlaczego zawarto go w Kwidzynie?

 
    W marcu minęła kolejna rocznica podpisania aktu Związku Pruskiego w Kwidzynie. Nie była to jednak organizacja, która ot tak po prostu założona została w naszym mieście. O jej powołaniu, po długich namysłach i negocjacjach zadecydowano na zjeździe ziem i miast pruskich w Elblągu 21 lutego 1440 r...
    Ktoś mógłby postawić pytanie, dlaczego w takim razie w Kwidzynie? Czy wtedy Kwidzyn był ważnym ośrodkiem miejskim, czy może wybrano nasze miasto z innych powodów na organizację wielkiego zjazdu przedstawicieli miast. Powód był bardzo prosty. Kwidzyn był miastem wyłączonym spod bezpośredniej kurateli Zakonu Krzyżackiego. Był miastem biskupim, stolicą biskupstwa pomezańskiego. W Kwidzynie nie było zamku krzyżackiego, była jedynie potężna Katedra, a dobudowany zamek był tylko mieszkaniami kanoników (o czym często i dziś zapomina się przy tworzeniu np. przewodników, określając zamek mianem krzyżackiego). W czasie, gdy zawiązywano Związek biskupem pomezańskim był Kaspar Linke, który miał naturę raczej spokojną, daleką od chęci aktywnych wystąpień przeciwko Zakonowi.
    Dlaczego w takim razie było to tak ważne?Ponieważ organizacja ta powołana została jako konfederacja szlachty i miast pruskich skierowana przeciw Krzyżakom. Związek zakładał i dążył do uzyskania wpływu na rządy w państwie zakonnym, żądał przywilejów stanowych, podobnych do posiadanych przez szlachtę i mieszczaństwo w krajach sąsiednich. Sprzeciwiał się dotychczasowemu monopolowi Krzyżaków w życiu politycznym i gospodarczym.
    Zanim Kwidzyn obrano na miejsce głównego zjazdu założycielskiego wiele działań dyplomatycznych i zabiegów miało miejsce jeszcze w początkach 1440 roku. Przedstawiciele miast pruskich bezskutecznie negocjowali z Wielkim Mistrzem kwestie uregulowania ceł, przepisów handlowych. Kiedy zapadła decyzja o powołaniu związku wiele miasteczek wahało się, zaś komturowie krzyżaccy widząc, co się "święci" sami zaczęli przeciwdziałać "oddolnie", co wprowadzało jeszcze większe wahanie się niektórych miast. Krzyżacy przeciągnęli więc na swoją stronę Chojnice, Świecie i Nowe. Ostatecznie w marcu 1440 roku do związku przystąpiło 53 przedstawicieli szlachty, 7 miast hanzeatyckich oraz 12 mniejszych miast. Zjazd założycielski odbył się w Kwidzynie 13 i 14 marca 1440 roku. Związek Pruski był organizacją otwartą, do której przystępowały kolejne miejscowości: 31marca Starogard, zaś na mniejszym zjeździe miast w Elblągu 3 kwietnia Pasłęk, Morąg, Miłakowo, Tolkmicko, Młynary. Taki sam, równoległy "lokalny" zjazd (też 3 kwietnia) miał miejsce w Gdańsku, gdzie przystąpiły z kolei Tczew, Gniew, Stare Miasto Gdańsk, Nowe, Lębork, Łeba, Hel, Puck. Kwidzyn do Związku Pruskiego przystąpił dopiero 17 kwietnia, po nim 29 kwietnia Lubawa i 30 kwietnia część szlachty gdańskiej, lęborskiej i puckiej. W kolejnych miesiącach przystępowały kolejne miasta... a sam proces przystąpień trwał jeszcze do połowy 1441 roku. Potem nastąpiły szeroko zakrojone działania samego zakonu, których celem miało być rozbicie związku. Wtedy to nastąpił okres "przeciągania się" miast, w których jedni rezygnowali, inni zapisywali się, a jeszcze inni przedstawiciele miast próbowali założyć równoległą, nową organizację. Statut Związku Pruskiego nie przewidywał jako takiej możliwości "wypisania się", co powodowało konflikty o pieczęć. Otóż poszczególne miasta żądały zwrotu pieczęci miejskiej, przywieszonej do aktu przystąpienia, czego władze związku skrupulatnie i konsekwentnie odmawiały.

    Cała działalność Związku Pruskiego doprowadziła do aktu wypowiedzenia posłuszeństwa Zakonowi Krzyżackiemu, datowany z Torunia dnia 4 lutego 1454 r. a w konsekwencji doprowadziła do wybuchu wojny trzynastoletniej. Ale to temat na inną opowieść...
 
 

 

Nazywał się Hacki, Michał Hacki ;)

redmysza1

Kiedy odwiedzamy dawny zespół pocysterski w Gdańsku-Oliwie, zachwyca nas unikalny ołtarz główny. Ten ogrom białych chmurek, które są tak piękne, tak miękkie i tak bardzo komponują się z tym co po zachodniej stronie archikatedry- z ciemnym brązem wystroju słynnych organów. I te alabastrowe główki aniołków wychylające się spośród tych obłoków. Przepiękne dzieło Andreasa Schlutera, które stworzył prawdopodobnie z warszawskim architektem Tylmanem van Gameren i gdańskim budowniczym Bartelem Ranischem . A  pomiędzy kolumnami z czarnego piaskowca znakomity obraz Andreasa Stecha.

 


A tak nawiasem mówiac, wiszące po obu stronach prezbiterium portrety dobroczyńców i darczyńców opactwa cysterskiego, są dziełem jego dziadka- ojca jego matki- Hermana Hana. Pisałam o nim tutaj:
http://gdansksopotgdynia.blox.pl/2016/01/Herman-Han-przybysz-z-Dolnego-Slaska.html

Ale to nie jedyny wkład opata Michała Antoniego Hackiego, w rozwój klasztoru, człowieka, którego 313 rocznicę śmierci dzisiaj obchodzimy. Dzięki jego fundacji w Oliwie mozemy podziwiać nie tylko ołtarz główny, ale i portal głównego wejscia, autorstwa również Andreasa Schlutera, niektóre ołtarze w ambicie. Które ołtarze? Poznać je jest bardzo łatwo, nad każdym ołtarzem znajduje się herb fundatora, a herb opata Hackiego był taki.

herb

( ciekawostka- kiedy byłam kiedyś w Skandynawii, to zwróciłam uwagę, że właśnie tym znakiem, zwłaszcza w Norwegii , oznacza się miejsca ciekawe i godne zobaczenia ;)

Wróćmy do opata :)
W czasach jego rządów powstała też wielka krypta pod posadzką kościoła, została rozbudowana drukarnia. Z jego fundacji powstały też organy chórowe.Nie ograniczał się tylko do Oliwy- ołtarz w Kaplicy Królewskiej na Głównym Miescie to też jego dar , podobnie jak dwa ołtarze dla ówczesnego kościoła karmelitów ( kościół św. Józefa).
Swoją drogą, ciekawe skąd brał na to wszystko fundusze?
Może ten artykuł autorstw ks. Rafała Starkowicza w Gościu Niedzielnym (50/2013) co nieco wyjaśni. no, to kopiuję :)

"Nazywał się Hacki, Michał Hacki

Zakonnik i dyplomata. Jego historia mogłaby posłużyć za scenariusz barwnego filmu. Kiedy 330 lat temu, 14 grudnia 1683 roku w wieku 53 lat został kolejnym opatem oliwskim, miał za sobą niejedną tajną misję w służbie Jana III Sobieskiego.

Urodził się w 1630 roku w Chojnicach. Jego rodzicami byli bogaty bydgoski mieszczanin Jan Piotr Hacke i Barbara Hahn, córka znanego malarza Hermana. Mały Antoni nauki pobierał początkowo w Chojnicach. Uczęszczał tam do jezuickiego gimnazjum.

Młody zakonnik

Kiedy miał zaledwie 14 lat, postanowił wstąpić do nowicjatu w oliwskim klasztorze cystersów. Po dwóch latach złożył śluby zakonne. Przybrał też nowe zakonne imię. Od tego czasu nazywał się Michał Antoni Hacki. W roku 1647 z Oliwy wysłano go na dalszą naukę. Tym razem do Braniewa. Uczył się tam w kolegium, również u jezuitów. Cystersi rozpoznali w nim zdolnego ucznia. Kiedy miał 25 lat, został przez władze zakonne skierowany na dalsze studia do Belgii. Wraz z nim wysłano tam jeszcze czterech cystersów. Po powrocie Michał Hacki znał już kilka języków. Dokładnie nie wiadomo jak, ale posiadł tam także sztukę, która na zawsze miała odmienić jego życie. Nauczył się odczytywania szyfrów. Niektórzy twierdzą, że stał się najznakomitszym ówczesnym kryptologiem.

W służbie Kościoła i dyplomacji

Święcenia kapłańskie przyjął z dala od ojczyzny, w Antwerpii. Było to w 1656 roku. Niedługo później udał się do Rzymu. – Nie jest pewne, czy w 1660 roku Michał Antoni Hacki wrócił najpierw z Antwerpii do Oliwy, czy też od razu udał się do Rzymu – mówi Adam Kromer, wybitny znawca oliwskich dziejów. Piął się jednak po szczeblach kariery. Dość powiedzieć, że zaledwie po trzech latach papież Aleksander VII mianował go notariuszem i sędzią duchownym polskiej i pruskiej prowincji cysterskiej. Prusy Królewskie od swego powstania wciąż ulegały przeobrażeniom. Panujące w nich napięcia i konflikty interesów doprowadziły do tego, że w 1657 zostały przekazane Brandenburgii. Wciąż jednak, chociaż już tylko formalnie, stanowiły lenno Polski. W takich warunkach przyszło Michałowi pełnić swoją posługę. W jej realizacji pomógł mu tytuł opata w Kołbaczu. Opactwo to, wówczas już wymarłe, przed laty dało początek oliwskiej fundacji. Godność, którą otrzymał, miała więc wówczas jedynie charakter tytularny. Otrzymał ją od ekskrólowej Szwecji Krystyny, która abdykowała po przejściu na katolicyzm. Jednakże o. Michał miał świadomość swojej wartości. W marcu 1679 roku rozpoczął starania o objęcie opactwa pelplińskiego. W tym czasie decydującą rolę w obsadzaniu opactw mieli królowie. Zagadką jest to, dlaczego Jan III Sobieski nie skorzystał w tym wypadku ze swoich uprawnień. Konwent pelpliński wybrał na swojego opata jednego z kontrkandydatów Hackiego, wyrosłego również w Oliwie. Był nim Ludwik Łoś. Drugi z kontrkandydatów – szlachcic Kazimierz Białobłocki stał się wówczas dozgonnym przeciwnikiem Michała Hackiego. Konflikt ten pogłębił się tylko, gdy 14 grudnia 1679, tym razem z rekomendacji króla, o. Michał stał się koadiutorem ówczesnego opata oliwskiego, Krzysztofa Łoknickiego. Cóż, być może Jan III Sobieski wolał swojego serdecznego przyjaciela, który od pięciu lat był jego sekretarzem, mieć bliżej najcenniejszego klejnotu w polskiej Koronie – Gdańska.

Szlacheckie protesty

Jako mieszczanin Hacki według obowiązującego prawa nie powinien zostać opatem. Jego przeciwnik rozpętał więc kampanię, która miała na celu podburzenie pruskiej szlachty. Bezpośrednią przyczyną jego działań była chęć objęcia przez niego oliwskiego opactwa. Nie bez znaczenia pewnie pozostawał także i ten fakt, że Białobłocki przez lata był sekretarzem starego opata. Hacki miał jednak także przyjaciół. W jego obronie stanął oliwski przeor. Na ulicach Gdańska pojawiły się ulotki, których był autorem. Udowadniały one szlacheckie pochodzenie koadiutora. Wykazywały również jego związki ze znaczącą w mieście rodziną Hacke. Inne pokazywały, że Oliwa pod rządami Hackiego rozkwita, a wybór następcy opata został dokonany z głębokim namysłem. Król swojej decyzji nie cofnął. Dokładnie pięć lat później, po śmierci opata Łoknickiego, Hacki otrzymał nominację na oliwskiego opata. I znów wybuchła fala protestów. Co ciekawe, Jan III Sobieski mógł położyć kres wszystkim tym przeciwnościom jednym swoim gestem. Wystarczyło, aby podniósł Hackiego do godności szlacheckiej. Dlaczego tego nie zrobił? Pojawia się wiele podobnych pytań, gdy przyglądamy się tej barwnej postaci. Na niektóre pewnie nigdy nie uzyskamy odpowiedzi.

hacki                                                                                      zdjęcie z Wikipedii


 
Szyfrant, twórca polskiego kontrwywiadu

Jeszcze przed nominacją na opata oliwskiego Hacki wiernie służył królowi. W 1683 towarzyszył mu podczas odsieczy wiedeńskiej. Zapewne dzięki Hackiemu na tę kampanię udało się namówić wielu Kaszubów. Niektórzy z nich za męstwo w boju otrzymali przydomek „Lew”, który mogli dodawać przed nazwiskiem. A rody kaszubskie szczycące się tym mianem przetrwały do lat współczesnych. Przed samą wiedeńską wiktorią udało mu się udaremnić spisek wymierzony w antyturecką koalicję króla i cesarza. Za spiskiem tym stał Jan Andrzej Morsztyn, poeta, a zarazem podskarbi wielki Rzeczypospolitej. Opat Hacki wcześniej i później zresztą dokonywał podobnych czynów. Nie tylko potrafił odkryć wrogie zamiary, ale też, jeżeli było trzeba, odczytać każdy ówczesny szyfr. W ten sposób odkrył spisek francusko-brandenburski w 1681 roku. Podobnie było w 1688, kiedy odczytane przez niego listy zdemaskowały współpracę Sapiehów z dworem berlińskim. Król wysyłał go również niejednokrotnie,aby realizował tajne misje w służbie Rzeczypospolitej. Nie było więc przypadkiem, że Hacki stał się głową „czarnego gabinetu” powołanego przez Jana III Sobieskiego. Zajmował się on m.in. zdobywaniem i analizą przesyłek dyplomatycznych.

Wysiłki nieprzyjaciół
Z tak wielkimi wpływami opat Hacki miał równie wielu wrogów, co przyjaciół. – W 1696 roku wróciła sprawa nieszlacheckiego pochodzenia opata Hackiego. Sejmik pruski zebrany w Kwidzynie domagał się od opata, by wybrał na swojego koadiutora Teodozjusza Przebendowskiego. Przebendowski, który był inicjatorem działań sejmiku, był zakonnikiem oliwskim od 1690 roku. Jako szlachcic liczył na następstwo na urzędzie opackim – opowiada Adam Kromer. Francuzi oskarżali Hackiego nawet o próbę otrucia umierającego króla Jana III Sobieskiego. – Sprowadzone przez niego lekarstwo dla króla miało jakoby okazać się śmiertelną trucizną – dodaje pan Adam. Jak się wydaje, po śmierci Sobieskiego w czasie długiego bezkrólewia opat Michał Hacki wciąż jeszcze odgrywał znaczącą rolę. Kiedy elektorzy wybrali na króla Polski równocześnie elektora saskiego Fryderyka Augusta Wettina i Francuza Franciszka Ludwika Bourbona – księcia Conti zapewne nie przez przypadek tego drugiego, tuż u ujścia potoku oliwskiego, na jelitkowskiej plaży zaatakował zbrojny oddział pod dowództwem generała Brandta. Dwa lata później, gdy August II przybył do Gdańska, nie omieszkał odwiedzić także Oliwy. Stamtąd, po uroczystym obiedzie, udał się na konną przejażdżkę, aby odwiedzić miejsce owej potyczki.



Oliwski gospodarz

– Opactwo oliwskie nie stanowiło jednak dla Hackiego jedynie źródła dochodu czy kamuflażu – podkreśla Adam Kromer. – Wśród klasztornych fundacji Hackiego należy wymienić: liczne obrazy, kilka ołtarzy bocznych w ambicie kościoła, nowy portal w fasadzie zachodniej, wielką kryptę pod posadzką, a przede wszystkim powstały w latach 1686–1693 wielki ołtarz główny. Opat rozbudował ponadto klasztorną drukarnię, która za jego życia została liczącą się oficyną – wyjaśnia. – Pod koniec życia opat Hacki nie zajmował się już polityką, natomiast nadal dbał o oliwski klasztor. Gdy dowiedział się o kulcie świętej Oliwy z Anagni, żyjącej w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, imię świętej nasunęło mu myśl o sprowadzeniu jej relikwii do Oliwy. Relikwie wysłano do opactwa w marcu 1703 roku, krótko po śmierci Hackiego. Szeroko na ten temat pisze w swoich książkach ks. Zygmunt Iwicki – opowiada pan Adam. Opat zmarł 4 marca 1703, Jego ciało spoczęło wśród innych zmarłych zakonników w zbudowanej przez niego krypcie pod prezbiterium. Bezimiennie. Tak jak bezimiennymi pozostaje wiele z jego walecznych czynów.

oryginał tu:http://gosc.pl/doc/1808538.Nazywal-sie-Hacki-Michal-Hackii

© Trójmiejskie opowieści przeróżnej treści
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci