Menu

Trójmiejskie opowieści przeróżnej treści

O tym, jak zginął najsłynniejszy rycerz II Rzeczypospolitej

redmysza1

Ona płynęła do Gdyni na transatlantyku "Chrobry"...... On chciał, na powitanie, pomachać jej z samolotu....... Niestety.... skończyło się to tragicznie.....
O godzinie 14:14 , 16 lipca 1936 roku samolot RWD9 runął do morza na wysokości mola w Orłowie.
..........................
Tak zakończył swe życie prezes Zarządu Głównego Ligi Morskiej i Kolonialnej - Gustaw Orlicz-Dreszer , postać bardzo barwna i ciekawa w dziejach przedwojennej Polski.
Bardzo ciekawy artykuł na jego temat tutaj:
http://www.jpilsudski.org/artykuly-personalia-biogramy/generalicja-oficerowie-zolnierze/item/1808-gustaw-orlicz-dreszer-rycerz-nad-rycerzami

 
dreszer
 
Wydarzenia, jakie towarzyszyły jego uroczystemu pogrzebowi ( gdyby nie smutna ich przyczyna) są ciekawym tematem anegdotycznym. Muszę się przyznać, że często opowiadam tę historię będąc z turystami w Orłowie lub na Oksywiu.
A o co chodzi ?Ja przeczytałam kiedyś o tym w "Jantarowych Szlakach" (niestety autora artykułu nie pamiętam).
Dokładny opis w książce Borysa Karnickiego " Marynarski worek wspomnień ( polecam książkę).
W skrócie było to tak :
"Generała Gustawa Orlicz-Dreszera pochowano - nie bez przeszkód - na Cmentarzu Marynarki Wojennej w Gdyni. Proboszcz kościoła na Oksywiu sprzeciwił się wystawianiu trumny generała w kościele, gdyż w jego oczach jako rozwodnik był grzesznikiem. Na nic zdały się mediacje kapelana Marynarki Wojennej kmdr ppor ks Władysława Miegonia - proboszcz pozostał nieugięty i zapowiedział, że drzwi kościoła nie otworzy. Gdy ks Miegoń przekazywał tę informację oficerom marynarki zasugerował, że gdyby proboszcz nie miał czego otwierać i zamykać, problemu by nie było... Oficerowie w lot zrozumieli swego kapelana. W dniu pogrzebu pod kościół podjechała ciężarówka z marynarzami, którzy wymontowali drzwi do kościoła. Oddali je dopiero po uroczystościach pogrzebowych Orlicz-Dreszera."
 
Zacytowałam fragment artykułu Michała Lipki z trojmiasto.pl. Link do całego artykułu tutaj :

http://m.trojmiasto.pl/news/General-zginal-w-wodach-Baltyku-n50370.html

i jeszcze link do archiwalnych zdjęć filmowych z pogrzebu:
http://www.youtube.com/watch?v=CuyOTPVEx4I
 i jeszcze jeden link :    http://historia.trojmiasto.pl/Ostatni-lot-generala-n103685.html

Leopold von Winter- Honorowy Obywatel Miasta Gdańska z 1890 roku

redmysza1

20 stycznia 2007 roku prof.wirt. Kasia ( czyli nasza znakomita koleżanka przewodniczka Katarzyna Czaykowska) zamieściła na stronie Akademii Rzygaczy ( www.rzygacz.webd.pl) wspomnienie o człowieku którego zaliczyła do Galerii Wielkich Zapomnianych.
Ten "wielki zapomniany" 126 lat temu został nagrodzony tytułem Honorowego Obywatela Miasta Gdańska.
Ale też i jego zasługi dla naszego miasta były olbrzymie.
Tu pozwalam sobie na dokładne zacytowanie w/w artykułu Kasi

leopld

Leopold von Winter
 
1823-1893
 
Stara fotografia ukazuje pana z tzw. „wysokim czołem” i dość słusznym wąsem (pewnie co wieczór zakładał nań bindę). Pan założył prawą dłoń za połę surduta, niczym Napoleon.
 Wygląda na tym wyblakłym zdjęciu niczym urzędnik lokalnego urzędu, może jakiś referent. Nie tak sobie wyobrażałam Nadburmistrza Gdańska.
 Urodził się w Świeciu, w dniu 23 stycznia 1823 roku.
 Świecie XIX wieku przeżywało rewolucję, bowiem nie dość, że niedawno zostało siedzibą utworzonego parę lat wcześniej powiatu, to jeszcze początek wieku to czas organizacji „przenosin” miasta. Nastąpiło to po jednej z dużych powodzi, i aby uniknąć zniszczeń w przyszłości, translokowano miasto na lewy brzeg Wdy. Cała akcja trwała do końca 1885 roku.
 W tym czasie w rodzinie ewangelickiego superintendenta też dokonała się, rewolucja, bo Leopold zdążył dorosnąć, ruszyć w „świat” i zrobić karierę.
 Ukończył gimnazjum w Bydgoszczy, potem po studiach prawniczych i ekonomicznych w Berlinie został wysłany do pracy w administracji państwowej. Można było o nim usłyszeć w Kwidzynie, Malborku no i w Gdańsku.

W roku 1850 zastajemy go na stanowisku landrata powiatu Lebus, koło Frankfurtu nad Odrą.
 Zaś w 1859 zostaje radcą w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych w Berlinie a także komisarycznym prezydentem policji. Jego liberalne poglądy musiały jednak być zbyt nowatorskie w oczach jego przełożonych skoro został przeniesiony (co było swoistym zesłaniem) na stanowisko prezydenta rejencji w Sigmaringen, położonej w Baden-Württemberg na południu Niemiec.
 8 grudnia 1862 roku powołany został na stanowisko nadburmistrza Gdańska. I był to pierwszy „obcy” na tym stanowisku.
 Urzędowanie rozpoczął od nowego roku, 6 stycznia 1863 r., (4 dni przed uruchomieniem metra w Londynie, 5 dni po zniesieniu niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych, i na 16 dni przed wybuchem powstania styczniowego).
 Leopold zjechał do Gdańska i osiadł w nim na 27 pracowitych lat. Zamieszkał niedaleko Ratusza Głównego Miasta , bo przy ulicy Grosse Gerbergasse (Garbary) 5.
Patrząc na zdjęcie, trudno sobie wyobrazić, że Nadburmistrz miał niespożytą energię, i że był bardzo zdolny organizacyjnie. Czasem narzekamy dzisiaj, że aż nadto, bo to za jego rządów w mieście znikła większość przedproży. Czyli to, co nas tak by dzisiaj zachwycało.

Von Winter zaczął swoje urzędowanie od stanu sanitarnego w mieście. Zaledwie 32 lata przed jego przyjazdem, przez Gdańsk przetoczyła się cholera. Nadburmistrz zdawał sobie sprawę, że bez nowoczesnych wodociągów i systemu kanalizacji miasto stale będzie nawiedzane przez epidemie. Woda pitna dostarczana była do miasta albo z beczkowozów, albo pochodziła ze studni miejskich, dopływając tam systemem rur pamiętających czasy krzyżackie. Europa już zaczynała patrzeć na życie przez pryzmat sanitariatów, powstawały pierwsze sieci kanalizacyjne. Hamburg skanalizowany był już od roku 1843. Również estetyka miała wiele do powiedzenia, wszak wszechobecny smród nie wpływał pozytywnie na wizerunek Miasta.
W tym celu władze Miasta ściągnęły do Gdańska inżyniera budownictwa, Eduarda Friedricha Wiebe. Ten potomek mennonickich osadników, urodzony w Stalewie niedaleko Malborka, wykształcony w berlińskiej Akademii Budowlanej a także w Berlińskim Uniwersytecie był już znanym projektantem systemów kanalizacyjnych dla dużych miast niemieckich (m.in. dla Berlina).
Już w czerwcu 1863 przedstawił władzom miejskim projekt urządzeń wodno-kanalizacyjnych dla części centralnej Gdańska. Przygotował też projekt pola irygacyjnego na Stogach i plan osuszania terenów dla Dolnego Miasta.

W roku 1869 projekt ten został w końcu zaaprobowany i zlecony do wykonania firmie J. & A. Aird z Berlina. Inwestycja została przeprowadzona w latach 1869–1874. Był to system spławny, rozgałęziony, a jego punktem węzłowym była istniejąca do dziś przepompownia ścieków "Ołowianka".
 Jednocześnie wybudowane zostały pola irygacyjne, oraz ujęcie wody "Polanki" i ujęcie w Pręgowie. System ten – po kilku modernizacjach –funkcjonuje do dzisiaj.
Nadburmistrz nie poprzestał na tej inwestycji - dopiero się rozkręcał. W latach 1870-1879 zarządził położenie kamiennych chodników a także wybrukowanie wszystkich ulic. W latach 1865–1880 regulacji poddano ciągi komunikacyjne w mieście, wybudowano około 20 budynków szkolnych, poddano reorganizacji szkolnictwo podstawowe i średnie w Mieście. W roku 1872 otwarto Muzeum Miejskie, a wkrótce później także Muzeum Prowincjonalne (1880). W końcu lat 80-tych XIX wieku rozpoczęto też budowę Stoczni Schichaua. W roku 1864 została uruchomiona w Gdańsku komunikacja miejska – omnibusy, zaś tramwaje konne wprowadzono do miasta w roku 1873. Na Westerplatte utworzone zostało kąpielisko miejskie z uzdrowiskiem. Port został unowocześniony, zaś Wrzeszcz rozparcelowano pod zabudowę mieszkalną i usługi.

Jedno się von Winterowi jednak nie udało – otóż nie uzyskał zgody władz wojskowych na całkowitą rozbiórkę fortyfikacji nowożytnych i umocnień. To przekreśliło jego plany budowy nowoczesnego dworca kolejowego.
 Od roku 1873 był prezesem rady nadzorczej spółki akcyjnej powołanej przez Richarda Damme do budowy i eksploatacji linii kolejowej Malbork-Mława.
 Działał w licznych towarzystwach i radach muzealnych…
 1 lipca 1890 przeszedł na emeryturę. A 10 lipca tegoż roku przyznano mu honorowe obywatelstwo Miasta Gdańska.
Wycofawszy się z aktywnego życia, resztę swoich dni spędził niedaleko Świecia, w swoim majątku Gelenz (Jeleniec), gdzie zmarł 10 lipca 1893 roku.
 W roku 1904 wmurowano w fasadę domu przy Grosse Gerbergasse 5 tablicę upamiętniającą słynnego mieszkańca. Zresztą to nie była jedyna forma upamiętnienia tego, któremu Gdańsk tak wiele zawdzięcza. Targ Maślany nosił miano Winterplatz (Plac Wintera), co po II wojnie bezmyślnie przetłumaczono jako „Plac Zimowy”…
Dzisiaj nikt sobie nie zdaje sprawy komu zawdzięczamy bruk na ulicach, czy chodniki. Nawet się nie zastanawiamy nad tym, skąd mamy kanalizację. No chyba, że przychodzi nam płacić za ścieki, czy wodę…
 Leopold von Winter… Szkoda, że po wojnie nie pomyślano o ponownym jego upamiętnieniu na fasadzie domu przy ul. Garbary nr 5.
 
Opracowała: prof. wirt. Kasia

 20 stycznia 2007

 ( proponuję też przeczytanie tego co o nim pisze na swoim blogu :
https://czaykowska.wordpress.com/?s=leopold+von+winter&submit=Szukaj )

Tyle Katarzyna Czaykowska :) Mam nadzieję, że nie urwie mi głowy za skopiowanie tekstu ;) zrobiłam to by mi nie zaginął w natłoku linków i notatek ;)

24 stycznia 2015 roku zebraliśmy się we czwórkę ( głównie za sprawą naszej koleżanki przewodniczki Ewy Jaroszyńskiej) i opowiedzieliśmy chcącym nas posłuchać gdańszczanom, kto to był Leopold von Winter i czym się dla naszego miasta zasłużył.

Spacer robiliśmy pod tytułem "Winter im Winter"
(tu relacja z naszego spaceru http://www.ewa-tours.pl/news/131/n/41)
W spacerze uczestniczył również Prezydent Miasta Gdańska i obiecał, że zajmie się sprawą uhonorowania tak ważnej dla Gdańska postaci. Niestety, jak dotąd cisza.... Dobrze, że chociaż jeden z tramwajów nosi imię naszego burmistrza.
My ze swojej, przewodnickiej, strony staramy się bardzo popularyzować postać tego Wielkiego Zapomnianego.
Ewa Jaroszyńska poszła w tym temacie jeszcze dalej.
W poszukiwaniu śladów von Wintera w miejscu gdzie dokonał swego żywota, trafiła na Panią Basię,  o czym można przeczytać na jej blogu- http://www.ewa-tours.pl/news/131/n/48.
Gdańsk po drugiej wojnie światowej całkowicie zmienił swój charakter pod względem narodowościowym. Przybyli tu ludzie ze wschodu, z kresów, z centralnej Polski. Budowali (odbudowywali) go na nowo. Wszystko co "poniemieckie" było wrogie i miało pójść w niepamięć. Ale to przecież nie tak powinno być. Ludzie którzy mieszkali tu przed nami działali dla dobra "swojej małej ojczyzny" i to nie ważne jakiej byli narodowości. Ich zasługi powinny być doceniane.
Leopold von Winter to tylko jeden z wielu dawnych gdańskich obywateli, którzy niewątpliwie zasłużyli sobie na to by o nich pamiętać.
 

KAPITAN TADEUSZ ZIÓŁKOWSKI – NAUCZYCIEL LUDZI MORZA

redmysza1

Sto trzydzieści lat temu urodził się kapitan żeglugi wielkiej, komandor pilotów portu gdańskiego, "Pierwszy żeglarz Rzeczypospolitej", pierwszy kapitan statku szkolnego "LWÓW", o którym pisałam tutaj:

http://gdansksopotgdynia.blox.pl/2015/08/STS-LWOW.html

Dzisiaj nieco o samym kapitanie. Jako, że środek sezonu i sama nie mam czasu na własne opracowanie tematu, posłużę siętym ze strony https://tawernaseahorse.wordpress.com/. Jest dość dokładne i nie chcę by mi gdzieś umknęło.


W pierwszych latach po I wojnie narodów, później nazwanej światową, nowe państwa Europy szukały swej nowej tożsamości, a społeczeństwa tych państw bezpiecznego miejsca do życia. Polska miała wreszcie swój kawałek wybrzeża, z którym wielu nie znających wcześniej morza postanowiło związać swoje życie i nadzieje. Tysiące młodych ludzi ruszyło na Pomorze Gdańskie, po pracę, a czasem po przygodę. Wszyscy po nowe doświadczenia. Tych tysięcy nie można było stracić i zawieść. Potrzebni byli nauczyciele morskich fachów, specjaliści w morskich zawodach, wychowawcy. Każdy był na wagę złota. Każdy z nich ma teraz swoje miejsce w historii oswajania morza i morskiego trudu. Byli także i tacy, o których powstawały legendy, utrwalone przez opowieści o ich losach wojennych.

tadeusz1

Jednym z nich był Tadeusz Ziółkowski.
Gdy przybył na wybrzeże gdańskie w 1920 r. miał 34 lata (urodził się 5 czerwca 1886 r. w Wiskitnie k/Koronowa w Bydgoskiem). Miał już za sobą praktykę na szkolnym żaglowcu „Grossherzogin Elizabeth”, na niemieckich żaglowcach i parowcach. W wieku 24 lat ukończył kurs kapitański w Szkole Nawigacyjnej w Hamburgu. Od 1914 r. pływał jako oficer na linii żeglugowej Hamburg – Ameryka Pd. Podczas I wojny światowej w niemieckiej marynarce wojennej służył na uzbrojonym transatlantyku „Kronprinz Wilhelm”, z którym został w 1915 r. internowany w USA. Do Polski powrócił w 1919 r. Rok później otrzymał przydział do Komendy Portu Wojennego w Pucku.
W tym czasie Marynarka Wojenna kupowała swój pierwszy statek szkolny. Wybrano statek zbudowany w 1868 r. w Anglii, jako trzymasztowa fregata. Nosił początkowo nazwę „Chinsure” i pływał do Indii pod banderą angielską. Był jednym z pierwszym żaglowców
stalowych, pływał jako statek towarowo-pasażerski do Indii i Australii. Po kilkunastu latach przeszedł pod banderę włoską, a w 1915 r. zakupił go armator holenderski i przetaklował z fregaty na bark. W 1920 r. holenderski „Nest” zakupiła Szkoła Morska w Tczewie,
z zamiarem wykorzystania jako jednostkę szkolną. Pozostawiono jednak część powierzchni ładunkowej, co pomogło w późniejszych latach w utrzymaniu statku, który świadczył również usługi przewozu ładunku. Tadeusz Ziółkowski był jednym z konsultantów przy pracach remontowych statku, a we wrześniu 1921 r. został powołany na stanowisko komendanta żaglowca szkolnego Marynarki Wojennej „Lwów”.
Statek o nośności 1293 BRT, długości kadłuba 79 m, szerokości 11,4 m, zanurzeniu do 7 m, powierzchni żagli ok. 1500 m2 mógł w czasie służby szkoleniowej pomieścić 35 marynarzy i 140 uczniów. Już w 1921 r. odbyły się pierwsze rejsy szkoleniowe. Jednym z pierwszych słuchaczy Szkoły Morskiej w Tczewie, który popłynął na „Lwowie” pod dowództwem kapitana Ziółkowskiego był Władysław Milewski (1902-1984, przed II wojną inspektor techniczny P.P. Żegluga Morska
i Polsko-Brytyjskiego Towarzystwa Okrętowego, po wojnie pracownik GAL, Zjednoczenia Morskich Stoczni Remontowych i dyrektor Polskiego Rejestru Statków). W swych wspomnieniach opublikowanych w książce Na morze po chleb i przygodę napisał:

"Dowódca statku szkolnego, kapitan Ziółkowski, wychowywał się w twardej szkole, zaczynał swą karierę życiową od chłopca okrętowego na niemieckich żaglowcach frachtowych, W stosunku do uczniów był równie twardy i wymagający. W pierwszych latach naszego morskiego życia był dla nas symbolem prawdziwego wilka morskiego z powieści
Londona. Używał swoistej terminologii morskiej i komend w dosłownym tłumaczeniu z niemieckiego. Komenda „Na maszty szkrabaj się!” – jak trzask z bata padała co dzień rano na apelu. Zamiast porannej gimnastyki było bowiem przechodzenie przez maszty. (…) Czasem
kapitan nie był z nas zadowolony. Wtedy po rannym apelu padała najpierw komenda: „Buty i skarpety luz!” a później: „Na maszty szkrabaj się”. (…) Jeżeliby kapitan Ziółkowski zobaczył kogoś opartego o nadburcie przy wchodzeniu statku do portu, to marny byłby jego
los (…) Tak samo kapitan nie znosił chodzenia przez uczniów zwykłym krokiem przy wykonywaniu jakiejkolwiek komendy. Na wezwanie przełożonego należało stawić się biegiem i wszystkie polecenia uczniowie musieli wykonywać biegiem. Bywało naprawdę głodno
i chłodno, ale dziś z perspektywy czasu wszystko inaczej się wspomina. Tak jak w czasie pływania często narzekaliśmy na kapitana, tak po skończeniu Szkoły wszyscy wychowankowie wspominali Go z równą sympatią i serdecznością. Wielu darzyło Go niemal synowską
miłością. Ziółkowski był dla nas wszystkim.(…) Był twardy dla nas, ale był również twardy dla siebie, za to ceniliśmy Go, szanowali i kochali."
lwow1                                                                   zdjęcie z facta-nautica.graptolite.net
W kolejnych latach „Lwów” żeglował po Morzu Bałtyckim i Północnym. Szybko jednak zaczęto planować podróże na dalsze akweny. W 1923 r. kapitan Ziółkowski, wraz z Mamertem Stankiewiczem przekonali władze morskie, że należy przedsięwziąć podróż, która przypomni światowej opinii morskiej o Polsce. Jej celem miało być także wypróbowanie młodych marynarzy w warunkach zupełnie innych od tych, które panują na wodach mórz europejskich, a także odnowienie więzi z Polonią. 23 maja 1923 r. żaglowiec wypłynął z Gdańska. W Szwecji załadowano ładunek cementu do Brazylii. 24 czerwca statek zawinął do Le Havre. Miesiąc później stał już na redzie portu Mindello na Wyspach
Zielonego Przylądka. 13 sierpnia 1923 r. „Lwów” jako pierwszy polski statek przekroczył równik. Na nim odbył się także pierwszy polski równikowy chrzest morski. 8 września statek zacumował w Rio de Janeiro, a 18 września przypłynął do Santos, gdzie wyładował cement.
Marynarze odbyli także wycieczkę koleją do Sao Paulo. W połowie października żaglowiec pojawił się na redzie Paranagui, skąd po kilku dniach spotkań załogi z oficjelami i Polonią obrał kurs na północ. 1 stycznia 1924 r. „Lwów” dotarł na redę angielskiego portu Falmouth,
a 11 stycznia do Cherbourga gdzie pozostał na dłuższy remont. Załoga częściowo wróciła do Gdańska. W rejsie oprócz komandora Ziółkowskiego brali także udział Karol Olgierd Borchardt i Konstanty Matyjewicz-Maciejewicz (który był później trzecim dowódcą „Lwowa”), a także 170 członków załogi.
Była to ostatnia podróż Tadeusza Ziółkowskiego, jako kapitana jednostki szkolnej. Wkrótce został on mianowany wicekomandorem pilotów portu w Wolnym Mieście Gdańsku. Tadeusz Ziółkowski nie przerwał pracy z młodzieżą. W 1928 r. grupa inicjatywna pod
przewodnictwem jego oraz Aleksandra Ancypołowicza doświadczonego żeglarza powołała do życia Klub Morski w Wolnym Mieście Gdańsku. Rok później Klub Morski połączył się z Pierwszym Polskim Klubem Jachtowym (założonym w 1922 r.) tworząc Polski Klub Morski. Od początku działalności Klubu Tadeusz Ziółkowski jako Kapitan Sportowy dbał o to, aby stał się on szkołą wychowania morskiego młodzieży. W roku 1930 kapitan zorganizował pierwszy pełny (teoretyczny i praktyczny) kurs żeglarski.
Zmarły w lipcu 2012 r. Jerzy Pettke, żeglarz, który przed II wojną zaczynał swą przygodę z żeglarstwem w I Morskiej Drużynie Harcerskiej, wspominał kapitana:
" Był on niezwykle oddany sprawom młodzieży. Odwiedzaliśmy kapitana Ziółkowskiego w jego domku przy kapitanacie portu. Zawsze miał dla nas czas, a jego żona często gościła nas obiadem. Na
podwórku, obok jego domu stał nasz jacht „Maryla”, który remontowaliśmy."
Jachty „Maryla” i „Pirat”, odkupione od innych armatorów, były przystosowane do pływania po zatoce, ale nie były konstrukcjami do pływania wyczynowego. Postanowiono więc zbudować nowy jacht, który mógłby pływać w zawodach międzynarodowych. Tak powstał kecz „Korsarz” o długości 15 m, szerokości 3,3 m, zanurzeniu 1,86 m i powierzchni żagli 90 m2. Jak opisywała Ewa Prechitko, żona Tadeusza Prechitko, późniejszego kapitana jachtu:
"najpierw chodziło się gromadnie do małego domku przy kapitanacie portu, gdzie mieszkał komandor, aby z nim razem wnikliwie analizować wszystkie szczegóły projektu. A potem do stoczni Kroppa patrzeć jak jacht rośnie i pięknieje. I wreszcie po paru miesiącach wodowanie. W hali niemieckiej stoczni jachtowej rozbrzmiewają polskie słowa: Nadaje ci imię „Korsarz”.
Kapitan Ziółkowski potrafił pozyskać dla swych pomysłów wyposażania Polskiego Klubu Morskiego gdańskich spedytorów, którzy zachwyceni tworzącym się żeglarstwem jachtowym, wspierali PKM pokaźnymi datkami. Klub był także towarzyskim centrum miejscowej społeczności polskiej i czynnych w porcie gdańskim polskich firm handlowych.
W klubie znalazła oparcie I Gdańska Drużyna Morska ZHP im. Zygmunta Augusta, a także żeńska drużyna morska. Harcerki w latach trzydziestych żeglowały m.in. na Bornholm i do Kopenhagi.
Wysoki poziom wyszkolenia żeglarzy z PKM stał się widoczny podczas regat międzynarodowych. Te najbardziej znane i spektakularne odbyły się w 1936 r. z okazji Olimpiady organizowanej w Berlinie, na trasie Sopot – Kilonia. Regaty zbiegły się z 50 - leciem Niemieckiego Związku Żeglarskiego, udział w nich więc wzięło wielu słynnych żeglarzy, a fundatorem nagrody głównej – Złotej Róży Wiatrów był kanclerz Rzeszy - Adolf Hitler. Spodziewano się, że zwycięzcą zostanie
gdański żeglarz Albert Lietz, kapitan jachtu s/y „Sigrun II” z niemieckiego klubu „Godewind”.
W regatach przedolimpijskich wzięły udział jachty PKM: s/y „Danuta”
pod polską banderą (wypożyczony Yacht Klubowi Polskiemu) oraz
s/y „Korsarz” dowodzony przez 23 - letniego kpt. Tadeusza Prechitko, który startował pod banderą Wolnego Miasta Gdańska (na burcie miał polski napis Gdańsk). Jego załogę stanowili nastoletni harcerze. Oprócz nich w tym pełnomorskim wyścigu na trasie blisko 350 mil morskich startowało dwadzieścia jachtów. Zaraz po starcie, w silnym wietrze (7-8 stopni w skali Beauforta), gdy inne jachty rozproszyły się pod Rozewiem, Prechitko wytyczył kurs „Korsarza” daleko na północ pod
wybrzeże szwedzkie. S/y „Korsarz” płynął cały czas samotnie nie zwracając uwagi na sytuację na trasie regat. Dopiero po 90 godzinach, 28 minutach i 18 sekundach od startu, na mecie u wejścia do Zatoki Kilońskiej, okazało się, że znajduje się na drugiej pozycji, a szczegółowe przeliczenie czasu regatowego wysunęło go na pierwsze miejsce. Zwyciężył zarówno w swojej grupie, jak i w całej klasyfikacji ogólnej. Sukces młodej polskiej harcerskiej załogi był wielkim sukcesem nie tylko PKM-u, ale również polskiego żeglarstwa. Rok później żeglarze z PKM odbyli rejs do trzynastu portów w Niemczech, Danii, Norwegii, Anglii i Holandii, gdzie wzięli udział w Międzynarodowym Zlocie Skautów. W maju następnego roku harcerze uczestniczyli w regatach zorganizowanych z okazji Święta
Morza w Gdyni.
W przededniu wojny Komandor T. Ziółkowski postanowił, że najcenniejszy, flagowy jacht Polskiego Klubu Morskiego pozostanie w przystani klubu. Pomimo narastającego zagrożenia wojennego także większość gdańskich żeglarzy polskich nie opuściła terenu Wolnego Miasta. Część z nich za działalność w polskiej organizacji krzewiącej patriotyczne postawy na terenie Gdańska, jaką bez wątpienia był
PKM, musiała liczyć się z prześladowaniem. Tak się stało w przypadku
m.in. komandora klubu.
Trzeba dodać, że jacht „Korsarz” przetrwał wojnę przejęty pod banderę
hitlerowskich Niemiec. Po wojnie pływał krótko pod zmieniona nazwą, po 1956 r. przywrócono mu starą nazwę i w chwili obecnej jest to najdłużej żeglujący jacht sportowy w naszym kraju. Pływa praktycznie
bez przerw od r. 1935 do chwili obecnej.
25 sierpnia 1939 podczas wchodzenia do gdańskiego portu pancernika „Schleswig- Holstein” komandor Ziółkowski został aresztowany przez policję gdańską wraz z kilkoma innymi polskimi pracownikami Rady Portu i Dróg Wodnych za odmowę pilotowania tego statku. Po kilku godzinach zwolniony i przywrócony na stanowisko, został ponownie
aresztowany 1 września 1939. Był więziony w obozie w Nowym Porcie, a następnie został osadzony w nowo-powstałym obozie w Stutthofie. Zginął w jednej ze zbiorowych egzekucji działaczy polskich w Gdańsku 22 marca 1940, razem z innymi działaczami Polonii Gdańskiej, m.in. Leonem Lendzionem i ks. B. Komorowskim. Zdaniem gdańskiego pisarza Brunona Zwarry T. Ziółkowski zginął 11 stycznia 1940 r. Po ekshumacji, jego szczątki przeniesiono w 1947 r. na cmentarz na Zaspie.
Imię T. Ziółkowskiego noszą Szkoła Podstawowa nr 67 w Gdańsku oraz Szkoła Podstawowa nr 39 w Bydgoszczy, gdzie kapitan mieszkał przez wiele lat. Na Targu Rybnym w Gdańsku znajduje się pomnik komandora, wykonany w 1989 przez rzeźbiarza Stanislawa Szwechowicza.

tadeusz2                                                                                   zdjęcie z zdiz.gda.pl
Jedno z nabrzeży w porcie gdańskim nosi nazwę "Nabrzeże Ziółkowskiego". Jest to reprezentacyjne miejsce portu, znajdowała się tu Baza Promowa Polskiej Żeglugi Bałtyckiej, stało się ono także miejscem spacerów i odpoczynku, m.in. dzięki znajdującej się tu latarni morskiej, skąd roztacza się widok na wejście do portu. 20 grudnia 2006 r. odsłonięto tutaj kamienny obelisk z tablicą poświęconą pamięci Tadeusza Ziółkowskiego ufundowany przez Zarząd Morskiego Portu Gdańsk.

Bibliografia:
– Władysław Milewski – Trudne początki morskiego żywota (fragment książki „Na morze po chleb i przygodę”, Instytut Wydawniczy PAX, 1972).
– Dorota Trela–Godzwon – Lilijka z kotwicą, czyli harcerz pod żaglami –
30 dni, nr 3/2004
– Rafał Jan Krause – Polski Klub Morski a wychowanie morskie młodzieży polskiej z terenu Wolnego Miasta Gdańska - z okazji 85 rocznicy powstania Polskiego Klubu Morskiego (www.nawodzie.com)
– ORP Lwów – Wielka encyklopedia uzbrojenia 1918-1939 Ministerstwa spraw wojskowych (www.iirp.prv.pl),
– Ewa Otremba – Pierwszy żeglarz Rzeczpospolitej(www.akm.wsm.gdynia.pl),
Zdjęcia pochodzą z artykułu R. J. Krause i ze strony www.portgdansk.pl

Jak to Niemcy Westerplattczyków podglądali

redmysza1

Sezon w pełni. Pisać nie mam czasu, ale artykuł z trojmiasto.pl jest bardzo ciekawy, więc zamieszczam tu sobie link, coby mi gdzieś nie przepadł :)

westerplatte

http://historia.trojmiasto.pl/Nieznana-fotomapa-Westerplatte-n101586.html#

Uzdrowiskowo :)

redmysza1

W wyniku pewnych perturbacji zdrowotnych, stałam się, na czas jakiś, lokatorką  Domu Pod Różą  w uzdrowisku Sopot. Molo mam na wyciągnięcie ręki, coby nie rzec "na wyciągnięcie  nóg" bo to brzmiało by dość dwuznacznie ;)

W każdym bądź razie - dach nad głową,  wyżywienie (aż za obfite), lekarz (e) na miejscu itd. Ludzie przyjeżdżają i płacą ciężkie pieniądze za coś takiego. A tu proszę dzięki NFZ mam to za free ;) No -żyć, nie umierać:)

Ale nie o moich fanaberia chcę pisać, tylko o miejscu mojego zakwaterowania. A jest o czym :)

20160407_071152

W miejscu gdzie dzisiaj stoi "Willa Pod Różą", będąca jednym z budynków Wojewódzkiego Zespołu Reumatologicznego im. dr Jadwigi Titz-Kosko, na początku wieku XX znajdowała się willa , nosząca od nazwiska właścicieli nazwę " Bottcher". Przypomnę, że Regina Karolina Bottcher, wdowa po Krzysztofie Janie B. po jego śmierci , poślubiła Jeana Georga Haffnera,  lekarza wojsk napoleońskich,  założyciela sopockiego uzdrowiska. Pisałam o tym już kiedyś:

http://gdansksopotgdynia.blox.pl/2015/04/ojciec-Uzdrowiska-Sopot.html

Po śmierci Regina i Jeana w latach 1830-31 do Sopotu przybyli jej synowie z pierwszego małżeństwa: nauczyciel Johann Eduard Bottcher (autor najstarszego sopockiego przewodnika) i Ernst Adolf Bottcher- kupiec, który zajął się zarządzaniem  w uzdrowisku. On to wybudował willę stojącą nieopodal Domu Zdroj owego,  Zakładu Kąpielowego i Łazienek. Po jego śmierci, w 1861 roku, zarządzanie interesem przejęła jego żona Hortensja. Zmarła w 1877 roku i wtedy wszystkie budynki kąpielowe , wraz z willą,  zostały przez władze  pruskie skomunalizowane. Nieruchomości oddano dzierżawcom, a jednym z nich był Hans Bielefeld. Wraz z rodziną zamieszkał w opuszczonej willi przy ówczesnej Sudstrasse 75. Była to podłużna  prostokątna budowla, równolegle ustawiona do ulicy, z niewielkim ogrodem,  od wschodu dochodzącym do Parku Południowego. Hans, będący dzierżawcą Domu Zdrojowego, mając dość liczną rodzinę (5synów) postanowił przekształcić willę " Bottcher" w pensjonat. Możliwe, że ten pomysł, posunął mu jeden z synów- Adolf.

Adolf Bielefeld to jeden z najznakomitszych  architektów działających na terenie Sopotu i Gdańska. O nim chociażby w Wikipedii

https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Adolf_Bielefeldt

 W miejscu poprzedniego budynku powstał bardziej okazały, na planie litery L, z dwoma mniejszymi pawilonami.Widać go na planie Sopotu z 1895 roku. Na początku XX wieku, w miejscu jednego z pawilonów, powstał drugi pensjonat ,początkowo nazwany "Bilefeldt"(1903)a następnie "Park-Hotel"(1912). Pod nr 1-3 mieszkali Bilefeldtowie,  a nr 5 był hotelem pierwszej kategorii. Blisko zeń było do Warmbadu czyli Domu Zdrojowego i Zakładu Kąpielowego. Szczęście rodzinne przerwała I wojna światowa. Zginęło w niej aż trzech synów Hansa Bilefelda- Gunter (1914), Walter (1915) I Ernst (1916). Zrozpaczony ojciec dokonał żywota rok później. Wszyscy  spoczęli obok zmarłej 10 lat wcześniej żony i matki Marii Bilefeldt z domu Werminghoff, na sopockim cmentarzu ewangelickim. 

Po wojnie Sopot znalazł się w granicach Wolnego Miasta Gdańska, a nowym właścicielem  domów  przy Sudstrasse został Georg Bade. Wtedy nosiły już wspólną nazwę " Park-Hotel ". W nr 1-3 mieściła się restauracja i kawiarnia, w charakterystycznej przeszklone wystawę.  Był z ni znakomity widok na kuracjuszy podążających na kąpiele, na molo lub do...kasyna.

Potem właściciele zmieniali się jak w kalejdoskopie - cukiernik Heinrich Propper, w latach trzydziestych niejaki Schleiss z Hamburga,  Juliusz Klein i Marta  Weese.  

A potem wybuchła II wojna światowa, pod koniec której w budynkach był lazaret.

Rok 1945 przyniósł olbrzymie zmiany i władzę ludową. Do 1955 roku pod nr 1-3 w Ośrodku Wypoczynkowym relaksować się mogli działacze PZPR, a pod nr 5 swój warsztat doskonalili studenci Wyższej Szkoły Muzycznej.

Po hotelowe budynki , sukcesywnie opróżnianie w latach 1965-66 , zostały przejęte przez Ośrodek Reumatologiczny, powołany do życia, przez prof. Jadwiga Titz-Kosko. Pomimo pewnych przeróbek związanych z adaptacją na cela szpitalne, zachowały swój dawny, stylowy urok. Klatka schodowa w nr 1-3 wygląda tak

20160405_1325492niestety ciągle wkleja mi się to zdjęcie w poziomie :(

W takich to warunkach się kuruję :)

I jeszcze słów parę na temat wspomnianej założycielką sopockiego szpitala.


Dr med. Jadwiga Titz-Kosko ur. 1902 r. w Mandżurii jako córka wybitnego inżyniera, budowniczego kolei transsyberyjskiej. Rodzice byli Polakami z Warszawy. Na dalekim wschodzie upłynęło jej dzieciństwo i młodość. Studia medyczne rozpoczęła w Kijowie a ukończyła na UW w 1926 r. Swego męża Stanisława Kosko, przyszłego kapitana Żeglugi Wielkiej i dyrektora Szkoły Morskiej poznała w Kijowie. Pobrali się 15 października 1935 r. Po ślubie zamieszkali w Gdyni. Po zajęciu Gdyni przez Niemców w 1939 r. została wysiedlona i powróciła do Warszawy.Podczas wojny i Powstania Warszawskiego pomagała walczącym mieszkańcom stolicy. Mąż, kapitan Stanisław Kosko zginął w obronie Wybrzeża Polskiego w pierwszych dniach września 1939 r. dowodząc okrętem "Gdynia". W 1945 r. dr med.Titz-Kosko wróciła do Trójmiasta, gdzie zorganizowała pierwszy Ośrodek Zdrowia we Wrzeszczu, w którym leczyłą ludzi wycieńczonych wojną i chorobami.Przebadała społecznie 10 000 ludzi morza. W 1956 r. zorganizowała w pomieszczeniach domu wypoczynkowego KC PZPR i Hotelu Nadmorskiego przy ul. Grunwaldzkiej w Sopocie Szpital Reumatologiczny. W latach 1961 - 1964 pod jej kierunkiem powstało w Cetniewie Sanatorium Rehabilitacyjne dla Dzieci po chorobie reumatycznej, przeniesione później do Domu Wypoczynkowego "Chemik" w Sopocie. Była członkiem wielu towarzystwo naukowych, w tym założycielką Polskiego Towarzystwa Reumatologicznego i Sekcji Społecznej Oddział Gdański, której prezesowała do śmierci w 1989 r.

Korzystałam z książki Gabrieli Danielewicz " Opowieści Sopockim Kamienic"

Przepraszam za błędy ale tekst piszę na telefonie;) jak wrócę do domu to poprawię :)

© Trójmiejskie opowieści przeróżnej treści
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci