Menu

Trójmiejskie opowieści przeróżnej treści

Gdański dobroczyńca Jan Connert

redmysza1

Nieliczni turyści, a nawet mieszkańcy naszego miasta, mają możliwość odwiedzenia zaplecza budynku Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.
Budynek znany z wydarzeń grudnia roku 1970.  O jego historii pisałam tutaj:

http://gdansksopotgdynia.blox.pl/2015/12/Budynek-ktory-rowniez-stal-sie-ofiara-grudnia-70.html


Właśnie na jego zapleczu znajduje się szesnastowieczna perełka- przepiękny portal, pochodzący z budynku, który stał tu wcześniej.
Ozdobny portal wejściowy był ostatnim dziełem w życiu Krzysztofa Strzyckiego( rzeźbiarz i kamieniarz, który mieszkał na Szafarni w wybudowanej przez siebie rezydencji zwanej "Dom pod Murzynkiem")
 Jest to jeden z najstarszych zachowanych renesansowych detali, tego rodzaju w naszym mieście.
Co więcej, jest na nim przedstawiona chyba jedyna podobizna człowieka wielce zasłużonego dla mieszkańców naszego miasta ( zwłaszcza tych najbiedniejszych i najsłabszych).
Dzisiaj rocznica jego śmierci.

connert

Nazywał się Jan ( Johan) Connert ( chociaż nazwisko jego pisano też w formie Konnert lub Conrad). Niestety nie udało mi się znaleźć informacji w którym roku przyszedł na świat. Może ktoś z czytających mój tekst będzie wiedział. Zmarł po pracowitym życiu 09.03.1560 roku.
Był znanym ze swej hojności,zwłaszcza na cele dobroczynne, rajcą i jednym z pierwszych mecenasów sztuki  w naszym mieście.
Wszyscy doskonale znamy przepiękną kamienicę nr 45 stojącą na rodu ulicy Długiej i Ławniczej. Mieści się tam obecnie siedziba PTTK.Została wzniesiona w latach 1555-1560 właśnie z fundacji Jana Connerta.
Posiadłości bohatera mojej opowieści znajdowały się również poza terenem ścisłego Gdańska. Od roku 1540 Jan Connert był gospodarzem młyna wodnego (tzw.Młyn II), na Potoku Oliwskim. Rajca Jan urządził tam kuźnię miedzi. Obiekt nazywano "Conrads Hammer". Nazwa ta przetrwała aż do końca ostatniej wojny, w nieco zmienionej formie- "Konradshammer". Prócz kuźni znajdowały się tam tartak i młyn zbożowy, a w następnym stuleciu również słodownia i browar. Obok stał gustownie urządzony letni dworek rodziny Connertów, którzy byli posiadaczami tych obiektów aż do drugiej wojny ze Szwedami. Wtedy , niestety, ogień pochłonął wszystko. Potem na tym miejscu powstawały inne budowle, ale piwnice o kolebkowym kształcie, być może pamiętają jeszcze czasy Jana Connerta.
 W roku 1835 Johann Ferdinand Geschkat i Friedrich Wilhelm Apfelbaum założyli w Młynie II kuźnię i fabryczkę karabinów ( potem przeniesiono ją na Dolne Miasto i rozrosła się do potężnych rozmiarów)
 Dzisiaj , obok miejsca dawnego "Konradshammer", swoją Galerię Rzeźby ma artysta rzeźbiarz Józef Sarnowski. (Pomorska 68)

Wróćmy jednak do Gdańska i działalności dobroczynnej.
Szpital św. Elżbiety istniał w Gdańsku od czasów krzyżackich. Ci zezwolili na jego budowę w roku 1394.Był przeznaczony dla chorych i ubogich, ale także dla osób starszych i pielgrzymów.Po wypędzeniu rycerzy z czarnymi krzyżami na białych płaszczach (1454r), szpital przeszedł pod zarząd Rady Miasta. Był miejscem, gdzie opiekowano się sierotami i porzuconymi dziećmi z tzw. nieprawego łoża. Jak pisano na początku XVIw - "Bywa tu zawsze tych bękartów to 100, to półtora setki, to 200. Do tego 50 lub 60 mamek wyznaczonych przez panów rajców. Trzyma się tam dzieci do lat 14, przyuczając je do rzemiosła albo kupiectwa lub do innego uczciwego zarobku"
W roku 1547 sierociniec dotknęło nieszczęście- pożar- dzieci straciły dach nad głową. I wtedy pojawił się dobroczyńca - Jan Connert. Z własnych funduszy polecił wybudowanie nowego budynku sierocińca. Wzniesiono go w 1549 roku. Mało tego- Connert wystarał się u króla polskiego Zygmunta Augusta o przywilej dla nieślubnych dzieci. Do momentu jego ogłoszenia dzieci urodzone poza związkiem małżeńskim, nie mogły kształcić się w niektórych szkołach, ani wykonywać niektórych zawodów. Teraz miały równe prawa.( przywilej ten w roku 1702 król August II rozszerzył też na Dom Dobroczynności i Sierot na Osieku- budynek, gdzie powstaje Centrum Grassa i Chodowieckiego).

sierociniecgrafika Petera Willera z 1687 roku
 Co ciekawe- w sierocińcu Connerta przy św Elżbiecie, powstało coś, co dzisiaj, nazwalibyśmy "oknem życia". Jeżeli chodzi o liczbę dzieci, które przebywały w tym przybytku, to w 1541 roku było ich 40, w 1599- 102, a wiele lat później bo w 1729- 309. W 1867 roku dzieci przeniesiono do nowego zakładu w Oliwie, a budynek przeznaczono dla bezdomnych, chorych psychicznie i zakaźnie. W 1916 roku budynek rozebrano, a jego elementy weszły w skład nowo budowanego obiektu. Ale o tym już wspominałam.
Jan Connert zmarł 9 marca 1560 roku i został pochowany w kościele NMP na Głównym Mieście.

epitafium_connertw_117 Epitafium rodziny Connertzdjęcie stąd: http://forum.dawnygdansk.pl/viewtopic.php?p=145195

i jeszcze link do artykułu dotyczącego konserwacji epitafium Connertów

http://galeria.trojmiasto.pl/Konserwacja-epitafium-Connertow-w-Bazylice-Mariackiej-48495.html?tag=Connert%F3w&pozycja=4

Kontradmirał Adam Mohuczy "Pirat"

redmysza1
7 marca 1891 roku w Witebsku, urodził się współtwórca Marynarki Wojennej po I wojnie- kontradmirał Adam Mohuczy "Pirat" .
Był uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku i kampanii wrześniowej. W PRL skazany został na 13 lat więzienia pod fałszywym zarzutem sabotażu.
Ch_ovkXWkAAzAwO
W Morskim Korpusie Kadetów w Petersburgu w 1908 roku zdobył stopień podchorążego, a trzy lata później stopień oficerski i do wybuchu I wojny światowej służył we Flocie Bałtyckiej .Był m.in. starszym oficerem okrętu podwodnego, następnie w 1917 roku został wykładowcą, a potem kierownikiem naukowym w Mikołajewskiej Akademii Morskiej.
Po odzyskaniu przez nasz kraj niepodległości od 1919 roku służył w Polskiej Marynarce Wojennej. Najpierw jako referent w Sekcji Organizacyjnej Departamentu dla Spraw Morskich, a potem jako dowódca Kadry Marynarki Wojennej w Toruniu. W wojnie roku 1920 dowodził II Batalionem Morskim pod Grodnem. Odznaczono go Orderem Virtuti Militari V klasy.
Po studiach w Paryżu (w Wyższej Morskiej Szkole Wojennej) objął stanowisko komendanta Portu Wojennego w Pucku. Był autorem planu obrony Helu i Gdyni, zakładającym m.in. instalację artylerii nadbrzeżnej i przeciwlotniczej.
Następnie do roku 1936 był dyrektorem Państwowej Szkoły Morskiej, najpierw w Tczewie, a potem w Gdyni.
Po mobilizacji w sierpniu 1939 roku, po wybuchu wojny, objął funkcję prokuratora w Morskim Sądzie Wojennym. Brał udział w obronie Helu, a po kapitulacji wraz z grupą oficerów i marynarzy podjął nieudaną próbę ucieczki na kutrze rybackim HEL-117. Schwytany przez Niemców, do końca wojny przebywał w obozie jenieckim.
Po zakończeniu wojny został kierownikiem Wydziału Żeglugi i Portów Izby Przemysłowo-Handlowej w Gdyni. Później objął funkcję zastępcy komendanta Szkoły Podchorążych Marynarki Wojennej i zastępcy, a później szefa Sztabu Głównego Marynarki Wojennej. Był również dowódcą Marynarki Wojennej przygotowując m.in. sześcioletni program rozbudowy floty wojennej. W 1947 r. z uwagi na stan zdrowia, odszedł z Marynarki Wojennej i objął stanowisko prezesa Rady Głównej Ligi Morskiej. Rok później przeniesiono go w stan spoczynku.
W roku 1949, na "fali" aresztowań wśród kadry oficerskiej MW, został pojmany, poddany torturom, oskarzony o działalność sabotażową i skazany na 13 lat więzienia. Przetrzymywano go w Sztumie. Jego stan zdrowia systematycznie sie pogarszał.
7 maja 1953 r. Adam Mohuczy zasłabł podczas spaceru na podwórzu więziennym i został przez innych więźniów przeniesiony do celi. Zmarł bez udzielenia pomocy lekarskiej. Spoczął w grobie na Cmentarzu Bródnowskim w Warszawie.
W 1957 r. został zrehabilitowany.
Kontradmirał Adam Mohuczy przez całe swoje życie pozostał wierny zasadzie twórczej pracy na morzu i dla morza. Była ona jego powołaniem i wielką pasją Marynarce Wojennej RP oddał całe swoje życie.
Niestety podziękowanie, jakie otrzymał, nie było takim na jakie zasłużył..
Nie był w tym odosobniony...... Taki los Ludowe Państwo zgotowało wielu swoim bohaterom......
 
link do ciekawego materiału o" procesie komandorów" :
 
zdjęcie z bardzo ciekawej strony:
https://twitter.com/WBH_2016
 
 

Styczniowa tragedia 1945...

redmysza1
Dzisiaj  tragiczna rocznica....
Na specjalistycznych mapach oznaczany jest jako: „Przeszkoda nr 73”. Nie leży pod kątem prostym, złamał się. Leży na lewej burcie. Śmiało można powiedzieć, że była to największa katastrofa morska w historii. Liczba ofiar zatonięcia "Titanica" jest ułamkiem tej rzeszy ludzi, która w mroźną styczniową noc w lodowatych wodach Bałtyku znalazła kres swojej drogi życia.
MS "Wilhelm Gustloff"- niemiecki statek wycieczkowy, zwodowany w obecności samego Adolfa H. w hamburskiej stoczni, w 1937 roku. Nazwano go imieniem członka NSDAP, nazistowskiego "męczennika", który zginął w Szwajcarii z ręki żydowskiego studenta. Po oddaniu go do eksploatacji,w rok później, rozpoczął rejsy wycieczkowe m.in. po Morzu Śródziemnym, a także po norweskich wodach przybrzeżnych. Co ciekawe, miał tylko jedną klasę, wszyscy podróżowali w identycznych warunkach. W swoich kabinach, salonach, salach balowych, basenach zapewniał luksusy prawie 1500 pasażerom, obsługiwanym przez 500 osób załogi...... odbył 50 rejsów.... Było pięknie...
Bundesarchiv_Bild_183H27992_Lazarettschiff__Wilhelm_Gustloff__in_Danzig                       zdjęcie z Wikipedii
 

Potem rozpoczęła się wojna. Zmieniono jego funkcję. Najpierw zrobiono z niego pływający szpital, potem służył do transportu wojska. Zamontowano mu nawet wyrzutnie bomb głębinowych i broń przeciwlotniczą.
Zimą 1944/45 rozpoczął się exodus ludności niemieckiej uciekającej przed nadciągającą zwycięską "wieliką krasną armią" ze wschodu....
Wycieczkowiec, ze względu na swoje gabaryty, doskonale nadawał się do ewakuacji. Chętnych były nieprzebrane tłumy z dobytkiem, bagażami,czworonogami..... Na "Gustloffa" można było zabrać tylko jedną walizkę.
Całe życie w jedną walizkę.....
Kwitł nielegalny handel przepustkami... Na pokład okrętowano cywili, rannych żołnierzy, marynarzy, kobiety z korpusu Kriegsmarine... w sumie ponad 10 tys osób, nikt nie jest w stanie powiedzieć ile, stracono rachubę...
"Wycieczka" rozpoczęła się 30 stycznia 1945 roku w asyście-eskorcie torpedowca "Löwe". Już po odpłynięciu , na pokład wciągnięto jeszcze kilkaset osób z innego statku z uchodźcami...
Dwa i pół tygodnia wcześniej, 11 stycznia w swój drugi patrol bojowy na radzieckim podwodnym okręcie typu Staliniec S-13, wraz z załogą, wyruszył komandor podporucznik Aleksander Iwanowicz Marinesko.
30 stycznia czatując na krawędzi Ławicy Słupskiej namierzył swój cel...
Była 21:16....Torpedy były trzy-pierwsza z nich rozerwała poszycie dziobu. Druga trafiła w środek statku na wysokości basenu pływackiego, a trzecia w maszynownię....Zabici, panika, popłoch, histeria...
Wielu zginęło od razu, wielu nie miało szans na wyjście, a i ci co byli na pokładzie szanse mieli niewielkie...
Wystarczyły minuty i morze zaroiło się od trupów...To była bardzo zimna noc- temperatura wody: około 4 stopnie, temperatura powietrza: minus 18 stopni.Wiał lodowaty wiatr, padał śnieg.
Około godziny 22:25, 65 minut po storpedowaniu, okręt całkowicie zanurzył się w morzu.
Niemcy od razu zorganizowali akcję ratunkową. Według różnych szacunków, uratowało się ponad 1000 pasażerów nieszczęsnego rejsu.
Część z ofiar została w tajemnicy pochowana w Łebie i Ustce, reszta pozostała na zawsze na dnie....
W 1994 roku Polska uznała wrak MS" Wilhelm Gustloff" za mogiłę wojenną, w związku z czym zakazane jest nurkowanie na wrak i w promieniu 500m od niego.
Dziesięć dni później 10 lutego 1945 S-13 storpedował i zatopił u polskich wybrzeży transportowiec SS "General von Steuben", na którym zginęło ok. 3000-4500 Niemców, prawie połowę stanowili ranni żołnierze. Płynął z Piławy do Świnoujścia.
Następnym w kolejce był MS "Goya". 16 Kwietnia u wybrzeży południowego cypla Mierzei Helskiej - po czterech godzinach od wyjścia z portu został uszkodzony przez radzieckie bombowce. Około godziny 23:52 12 mil morskich od Łeby dosięgły go dwie torpedy z radzieckiego L-3. Tu dowodził Władimir Konstantynowicz Konowałow. ( również Bohater Związku Radzieckiego) W lodowatej wodzie zginęło co najmniej 6000 osób
( możliwe, że więcej).
marinescu
A na zdjęciu pomnik naszego bohaterskiego podwodniaka, stojący w Kaliningradzie. On zaś 13 września 1945 roku za lekceważenie obowiązków, "systematyczne pijaństwo i rozwiązłość obyczajową" został odsunięty od służby na okrętach podwodnych i zdegradowany do starszego lejtnanta.Potem pływał na trałowcach a w listopadzie '45 przeniesiono go do rezerwy.Pływał na statkach handlowych, za kradzież wylądował na dwa lata w obozie na Kołymie. Dla wielu jednak był bohaterem. Zmarł w wieku 50 lat w 1963 roku w Leningradzie.Doceniono go oficjalnie, jako "podwodniaka nr 1" 27 lat po śmierci. 5 maja 1990 otrzymał tytuł Bohatera Związku Radzieckiego.......................
 
i jeszcze link do artykułu  na trojmiasto.pl
http://historia.trojmiasto.pl/70-lat-od-zatopienia-Gustloffa-Czy-jest-co-obchodzic-n87144.html
 
 

m/s Konopnicka- rocznica wielkiej tragedii

redmysza1

55 lat temu w Stoczni Gdańskiej rozegrała się wielka tragedia. 5 lat temu na portalu Trojmiasto.pl ukazał się ten artykuł.

link do niego :http://historia.trojmiasto.pl/Rocznica-najwiekszej-katastrofy-w-powojennej-historii-stoczni-n53788.html#tri

tam również można posłuchać i obejrzeć utwór jaki napisał o tym smutnym wydarzeniu Jacek Kaczmarski

Tekst kopiuję, żeby mi nie umknął

299189Dawniejnieliczylisieludziealewynikizdjęcie autorstwaRocznica największej katastrofy w powojennej historii stoczni; m/s maria konopnicka, statek, katastrofa, stocznia im. lenina, pożar na statku

fot. Zbigniew Kosycarz/KFP zamieszczone w w/w artykule

 

 


Rocznica największej katastrofy w powojennej historii stoczni

13 grudnia 1961 r. na statku m/s Maria Konopnicka w Stoczni im. Lenina w Gdańsku zginęło 22 pracowników. Mogliby zostać uratowani, ale w stoczni uznano, że wycięcie otworu w burcie jeszcze pogorszy sprawę. A może chodziło o to, by nie zniszczyć jednostki przeznaczonej dla ZSRR?
M/S Maria Konopnicka to budowany w latach 60. drobnicowiec, tzw. dziesięciotysięcznik. Dla ówczesnej władzy mało było rzeczy ważnych, ale jedna pozostawała niepodważalna: plany. Plany trzeba było realizować, najlepiej co najmniej w 150 proc., aby podkreślić swe zaangażowanie we wsparcie władzy ludowej. Kto planów nie realizował - nie miał szans na poparcie partii, choćby w sprawie awansu na brygadzistę.

Plan to podstawa

Niektórzy prześcigali się więc w realizacji planów, choć oczywiście nie swoimi rękami. Z pewnością należeli do nich zarządzający Stocznią Gdańską im. Lenina. 13 grudnia 1961 roku M/S Maria Konopnicka był już po próbach morskich, ale wrócił do stoczni, by go doposażyć i poprawić usterki. Do zakończenia prac pozostały już tylko trzy dni. 16 grudnia statek miał być przekazany armatorowi. Usterek - choć głównie drobnych - była cała masa, więc oddanie statku w terminie było niemożliwie. Ale nie dla dyrekcji stoczni. Powiedzenie "wszystkie ręce na pokład" zostało wprowadzone w życie całkowicie dosłownie. Do pracy skierowanych zostało 300 robotników.

Spłonął żywcem

Jak to zawsze przy podobnych zrywach bywało, nikt prac nie ogarniał, nadzór był fikcją. Liczył się tylko czas. Tragedia zaczęła się przy rurociągu, który dostarczał paliwo do agregatu prądotwórczego. Jedna z ekip odłączyła rurociąg, by poprawić nieszczelne spawy. Nie wiedział o tym inny stoczniowiec, który chciał ponownie włączyć prąd, by pracować i odkręcił zawór z ropą. Ropa zalała jednego ze spawaczy, który spłonął żywcem. Wylewała się jednak dalej, płonąc w kolejnych pomieszczeniach.Pracownicy zaczęli uciekać, zamykając za sobą drzwi i śluzy. Statki są tak budowane, by zamykane sekcje pozwoliły zatrzymać pożar. Tym razem śluzy zatrzymały nie tylko ogień, ale i ludzi. Odcięły drogę ucieczki 22 pracującym pod pokładem robotnikom.Schronili się w maszynowni. Tam nie było pożaru, ale nie było też wyjścia. Mimo tego stoczniowców można było uratować.

Młotem kadłuba nie przebili...

Najpierw przyjechali strażacy. Późno, bo nikt nie potrafił im wytłumaczyć, gdzie cumuje statek. W końcu jednak dotarli na miejsce. Tylko, że nie mieli właściwego sprzętu: nie tylko aparatów tlenowych, a nawet ognioodpornych ubrań. W efekcie nie mogli wejść do zadymionego statku.Uwięzieni stoczniowcy nie poddawali się. Walili młotami w kadłub - do dziś nie wiadomo czy po ty, by wskazać ratownikom miejsce, w którym przebywają, czy mieli nadzieję, że może uda się im wydostać. - Miałam wtedy 11 lat, a w maszynowni schronił się mój ojciec Klemens Zieliński. Przez długie godziny czekano na decyzję z Warszawy: czy wyciąć dziurę w poszyciu. Gdy nareszcie nadeszła, było już za późno. Podobno mój tata jeszcze oddychał, gdy w końcu ich wyciągnęli. Nie przeżył - mówi pani Cecylia.

To były inne czasy...

Nie uratował się żaden z 22 stoczniowców. W tamtych czasach nie bardzo wiedziano jeszcze gdzie wycinać dziury w poszyciu. Nie tłumaczy to jednak opieszałości dyrekcji gdańskiej stoczni. Przez lata ludzie mówili potem, że decyzji nie podjęto, bo statek miał być przekazany ZSRR.Władze stoczni tłumaczyły, że z cięcia kadłuba zrezygnowano, bo dopływ tlenu do wnętrza statku mógłby jeszcze podsycić pożar.- Było jakieś śledztwo, ale to były inne czasy, nikt się nie przejmował jak teraz. Dopiero w 2004 roku przed stocznią odsłonięto tablicę pamiątkową. Nikt nawet nie wymienił na niej nazwisk, a różne źródła podają, że było tam 21 lub 22 osoby - dodaje pani Cecylia.Od tamtej pory na każdym budowanym statku oznacza się miejsce na zewnętrznej części kadłuba, które w razie czego może być rozcięte i służyć jako otwór ewakuacyjny.M/S Maria Konopnicka do końca swoich dni była pechowym statkiem. Po pożarze przez rok była remontowana, a potem przez 17 lat pływała we flocie Chipolbroku na Dalekim Wschodzie. Później użytkowali ją Chińczycy, nadając nowe imię - Yixing. 30 października 1980 roku statek całkowicie spłonął podczas postoju w Szanghaju.

Michał Sielski
m.sielski@trojmiasto.pl 

Idą Święta.... :)

redmysza1

Zbliżają się święta . Pracowity okres dla gospodyń domowych ( gospodarzy oczywiście też- tych którzy się włączają do pomocy- a takich wcale nie tak mało :)
Myślę, że wszyscy doskonale znamy logo firmy 

Dr.Oetker


W Gdańsku Oliwie, przy ulicy noszącej dzisiaj imię Admirała Arenda Dickmanna dowódcy polskiej floty ( a dzisiaj 389 rocznica jego śmierci, jaką poniósł  w 1627 roku w trakcie zwycięskiej Bitwy pod Oliwą stoczonej z flotą szwedzką) od 95 lat znajduje się fabryka, która produkuje rzeczy w kuchni niezbędne.
Mowa oczywiście o Dr. August Oetker Nahrungsmittel KG – przedsiębiorstwie wywodzącym się z Niemiec, produkującym dodatki do pieczenia ciast, środki żelujące, müsli, desery, zapiekanki, pizze mrożone oraz jogurty. To producent pierwszego na świecie proszku do pieczenia w torebkach.
A jak to się zaczęło?
Historia zaczęła się w 1893 roku. Wtedy to 31-letni dr August Oetker, aptekarz z niemieckiego Bielefeld, mając do dyspozycji wagę kuchenną, moździerz i wachlarz chemicznych specyfików, opracował proszek do pieczenia według własnego przepisu. Udoskonalił tym samym, poprawiając walory smakowe i wydłużając czas przechowywania, produkt opracowany wcześniej przez niejakiego Justusa Liebiga. Proszek Backin, jak go nazwał (od niemieckiego czasownika „backen” – piec), pakował w małe 10-gramowe torebeczki i sprzedawał w swojej aptece. Produkt szybko zaczął cieszyć się dużym powodzeniem u gospodyń domowych.
oetkerzdjęcie ze strony www.oetker.pl 
August Oetker urodził się 6. Stycznia 1862 roku jako syn Augusta Adolpha Oetkera oraz Berthy Oetker. Po ukończeniu szkoły podstawowej uczęszczał do Gimnazjum Adolfinum w Bückeburgu, gdzie w 1878 roku zdał maturę. Prawdopodobnie w 1884 zatrudnił się w jednej z firm w miejscowości Hanau, która zajmowała się produkcją sprzętu farmaceutycznego. Oetker rozpoczął swoje życie zawodowe w Berlinie, mając na koncie kilka biznesowych niepowodzeń.
Od kiedy wpadł na swój genialny pomysł, jego życie diametralnie się zmieniło.



Nieoczekiwany popyt zachęcił go do opracowania innych sproszkowanych dodatków: cukru waniliowego, budyniu i zagęszczacza do potraw. Aptekarz postanowił ruszyć z produkcją na skalę przemysłową. Otworzył małą fabryczkę w rodzinnym Bielefeld i ogłosił konkurs na znak graficzny firmy. Na logotyp wybrał zarys jasnej kobiecej głowy na ciemnym tle. Hasło z kolei wymyślił sam: „Roztropna głowa używa tylko wyrobów dr Oetkera”. Wykazał się przy tym wszystkim niemałą dalekowzrocznością, rejestrując w porę znak towarowy i zabezpieczając patentem recepturę swojego produktu.

Firma na tyle dobrze się rozwijała, że dr August Oetker przyjął do jej kierownictwa swoich dwóch braci, Eduarda Oetkera i Louisa Oetkera. Powierzył im prowadzenie spraw handlowych, sam zaś zajął się opracowywaniem nowych receptur. Po pięciu latach od  uruchomienia produkcji na rynek trafiło już 50 mln opakowań Backinu i innych proszków, galaretek i budyniów. W 1908 roku otwarto pierwszą zagraniczną filię firmy pod Wiedniem.

Po śmierci dr. Augusta Oetkera w 1918 roku biznes bez zmiany znaku towarowego przeszedł w ręce dr. Richarda Kaselowsky’ego, przyjaciela rodziny, który poślubił wdowę po zabitym pod Verdun synu założyciela. Pod jego zarządem firma zatrudniała 600 osób i zbudowała zakłady produkcyjne za granicą – w Holandii, Belgii, Luksemburgu, Danii, Norwegii i Włoszech. W 1921 roku niemiecka firma otworzyła fabrykę na terenie Gdańska. Produkowała w niej m.in.: proszek do pieczenia, cukier wanilinowy, żelatynę „Regina” oraz aromaty i desery w proszku.

Przez całe dwudziestolecie międzywojenne Dr. Oetker podejmował intensywne i nowatorskie działania promocyjne – ustawiał na ulicach samochody z reklamą firmy, umieszczał przepisy na opakowaniach oraz organizował prezentacje z pieczenia ciast i wykłady. Wypuścił nawet na rynek zeszyt z przepisami oraz „Książkę kucharską Dr. Oetkera”, która w krótkim czasie stała się bestsellerem. Ta historia traci niestety swoją słodycz wraz z przejęciem władzy w Niemczech przez nazistów…

Gdy w 1933 roku NSDAP przejęła władzę w Niemczech, właściciel Dr. Oetkera, podobnie jak właściciele kilku innych niemieckich firm (Hugo Boss czy Krupp), nie ukrywał swojej sympatii dla niemieckiego reżimu. Richard Kaselowsky był wielbicielem Hitlera i należał do Kręgu Przyjaciół Reichsfuehrera SS Heinricha Himmlera – grupy przemysłowców wspierających nazistów co roku kwotą miliona marek. Dzięki kontaktom z nazistami miał możliwość zakupu za bezcen browaru Groterjan odebranego wcześniej żydowskim właścicielom. W 1937 roku Adolf Hitler nadał nawet jego firmie tytuł „wzorowego narodowosocjalistycznego zakładu pracy”.
W czasie II wojny światowej Kaselowsky zatrudniał w swoich fabrykach robotników przymusowych oraz produkował na potrzeby niemieckiej armii. Również pasierb Kaselowsky’ego, Rudolf (wnuk założyciela firmy), sympatyzował z nazistami. W obawie przed wysłaniem na front wschodni dobrowolnie zapisał się do Waffen SS. Jego biograf Sven Keller napisał o nim jako o człowieku „przekonanym o słuszności nazizmu”. Jego syn August nie tak dawno podobnie skomentował jego postawę: „Nie mam żadnych wątpliwości, że on do ostatnich swoich dni był nazistą i myślał tak, jak naziści”. Podobnie zresztą jak wielu innych Niemców.

Kilka lat temu, już po śmierci Rudolfa Oetkera, rodzina postanowiła rozliczyć się z przeszłością. Sfinansowała badania historyczne i otworzyła przed historykami swoje archiwa. Odkryto w nich, że nawet po wojnie Rudolf Oetker zatrudniał dawnych nazistów, wśród których był m.in. Rudolf von Ribbentrop, syn byłego ministra spraw zagranicznych Rzeszy. Wspierał też finansowo weteranów elitarnej formacji Leibstandarte Adolf Hitler.

W 1944 roku podczas nalotu bombowego aliantów Kaselowsky zginął wraz z żoną i córkami. Trzy lata później, już po denazyfikacji, firmę przejął 30-letni Rudolf Oetker – jedyny, który ocalał w bombardowaniu. Na powojennych zgliszczach podjął się zadania obudowy fabryki. Działał z rozmachem. Już wtedy Bernt Engelmann w książce „Rzesza rozpadła się... bogacze pozostali” umieścił Dr. Oetkera wśród największych zachodnioniemieckich firm.

Jeżeli chodzi o nasze miasto to w 1945 roku, gdańska fabryka zostaje przejęta przez Gdańskie Zakłady Środków Spożywczych.

Pod zarządem Rudolfa firma nawiązała intratne kontrakty zagraniczne, przejęła kilka firm z branży spożywczej i zadebiutowała z nowymi produktami m.in. lodami w proszku. W latach 50. wyprodukowała 750 mln opakowań proszku do pieczenia i innych produktów spożywczych. W tym czasie Rudolf Oetker, jako pierwszy z rodziny, odważył się wyjść poza dobrze mu znaną branżę spożywczą. Stał się bowiem właścicielem, a w niektórych przypadkach udziałowcem, zachodnioniemieckich browarów, statków przewożących towary na Bliski i Daleki Wschód, luksusowych hoteli, a także kilku instytucji finansowych, firm reklamowych i zakładów chemicznych.

„Trudno zliczyć w ilu przedsiębiorstwach posiadam udziały” – mawiał. Jednocześnie cały czas poszerzał spożywczy asortyment. W 1970 roku wprowadził na niemiecki rynek pierwszą mrożoną pizzę. Koncernem kierował do 1981 roku, kiedy stery firmy przekazał najstarszemu synowi, urodzonemu w 1944 roku Augustowi. Przed odejściem podzielił po równo udziały w spółce między ośmioro swoich dzieci i ich rodziny. Aż do śmierci w 2007 roku doradzał zarządowi i rozwijał sieć luksusowych hoteli.

Tymczasem nowy prezes wycenianej na 12 mld euro firmy kładł szczególny nacisk na umiędzynarodowienie przedsiębiorstwa. W 2010 roku firmę przejął młodszy brat Augusta, urodzony w 1951 roku Richard, dotychczasowy członek zarządu. Ma on na swoim koncie tragiczne doświadczenie. W grudniu 1976 roku porwano go dla okupu. Wolność odzyskał po trzech dniach tortur i zapłaceniu porywaczom 21 mln marek. Do jego osiągnięć należy ekspansja firmy na rynki wschodnioeuropejskie w latach 90., w tym na polski rynek.
oetker_gdaskzdjęcie ze strony www.oetker.pl 
W 1991 roku, z inicjatywy pracowników miało miejsce utworzenie pierwszego polsko-zagranicznego join-venture w branży spożywczej z zakładem należącym do Miasta Gdańsk. Wówczas Dr. Oetker nabyła 51% udziałów jakie posiadała gmina, a trzy lata później – pozostałe.
Obecnie firma Dr. Oetker Polska posiada trzy zakłady produkcyjne: fabrykę koncentratów spożywczych w Gdańsku (centrala), fabrykę pizzy mrożonej w Łebczu oraz fabrykę słodkich dekoracji w Płocku.

Dziś koncern posiada fabryki w wielu miejscach na świecie (w Europie, Rosji, Kanadzie, Australii, Indiach, Chinach, Brazylii, Afryce Płd i Malezji). Flagowymi produktami Dr. Oetkera nadal są głównie słodkości: budynie, kisiele, galaretki i ciasta w proszku. Jednak Oetkerowie działają również w sektorze piwa, napojów bezalkoholowych i szampana, a także w branży bankowej, transportu morskiego i wydawniczej. Wielopokoleniowy rodzinny biznes ma się dobrze i rośnie jak na drożdżach. Czy raczej, jak na starym, dobrym proszku Backin.

Korzystałam z artykułu Emilii Kunikowskiej na biznes.onet.pl i ze strony www.oetker.pl ( szczerze mówiąc częściowo metodą kopiuj-wklej) :)

zdjęcia ze strony www.oetker.pl

© Trójmiejskie opowieści przeróżnej treści
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci