Menu

Trójmiejskie opowieści przeróżnej treści

Styczniowa tragedia 1945...

redmysza1
Dzisiaj  tragiczna rocznica....
Na specjalistycznych mapach oznaczany jest jako: „Przeszkoda nr 73”. Nie leży pod kątem prostym, złamał się. Leży na lewej burcie. Śmiało można powiedzieć, że była to największa katastrofa morska w historii. Liczba ofiar zatonięcia "Titanica" jest ułamkiem tej rzeszy ludzi, która w mroźną styczniową noc w lodowatych wodach Bałtyku znalazła kres swojej drogi życia.
MS "Wilhelm Gustloff"- niemiecki statek wycieczkowy, zwodowany w obecności samego Adolfa H. w hamburskiej stoczni, w 1937 roku. Nazwano go imieniem członka NSDAP, nazistowskiego "męczennika", który zginął w Szwajcarii z ręki żydowskiego studenta. Po oddaniu go do eksploatacji,w rok później, rozpoczął rejsy wycieczkowe m.in. po Morzu Śródziemnym, a także po norweskich wodach przybrzeżnych. Co ciekawe, miał tylko jedną klasę, wszyscy podróżowali w identycznych warunkach. W swoich kabinach, salonach, salach balowych, basenach zapewniał luksusy prawie 1500 pasażerom, obsługiwanym przez 500 osób załogi...... odbył 50 rejsów.... Było pięknie...
Bundesarchiv_Bild_183H27992_Lazarettschiff__Wilhelm_Gustloff__in_Danzig                       zdjęcie z Wikipedii
 

Potem rozpoczęła się wojna. Zmieniono jego funkcję. Najpierw zrobiono z niego pływający szpital, potem służył do transportu wojska. Zamontowano mu nawet wyrzutnie bomb głębinowych i broń przeciwlotniczą.
Zimą 1944/45 rozpoczął się exodus ludności niemieckiej uciekającej przed nadciągającą zwycięską "wieliką krasną armią" ze wschodu....
Wycieczkowiec, ze względu na swoje gabaryty, doskonale nadawał się do ewakuacji. Chętnych były nieprzebrane tłumy z dobytkiem, bagażami,czworonogami..... Na "Gustloffa" można było zabrać tylko jedną walizkę.
Całe życie w jedną walizkę.....
Kwitł nielegalny handel przepustkami... Na pokład okrętowano cywili, rannych żołnierzy, marynarzy, kobiety z korpusu Kriegsmarine... w sumie ponad 10 tys osób, nikt nie jest w stanie powiedzieć ile, stracono rachubę...
"Wycieczka" rozpoczęła się 30 stycznia 1945 roku w asyście-eskorcie torpedowca "Löwe". Już po odpłynięciu , na pokład wciągnięto jeszcze kilkaset osób z innego statku z uchodźcami...
Dwa i pół tygodnia wcześniej, 11 stycznia w swój drugi patrol bojowy na radzieckim podwodnym okręcie typu Staliniec S-13, wraz z załogą, wyruszył komandor podporucznik Aleksander Iwanowicz Marinesko.
30 stycznia czatując na krawędzi Ławicy Słupskiej namierzył swój cel...
Była 21:16....Torpedy były trzy-pierwsza z nich rozerwała poszycie dziobu. Druga trafiła w środek statku na wysokości basenu pływackiego, a trzecia w maszynownię....Zabici, panika, popłoch, histeria...
Wielu zginęło od razu, wielu nie miało szans na wyjście, a i ci co byli na pokładzie szanse mieli niewielkie...
Wystarczyły minuty i morze zaroiło się od trupów...To była bardzo zimna noc- temperatura wody: około 4 stopnie, temperatura powietrza: minus 18 stopni.Wiał lodowaty wiatr, padał śnieg.
Około godziny 22:25, 65 minut po storpedowaniu, okręt całkowicie zanurzył się w morzu.
Niemcy od razu zorganizowali akcję ratunkową. Według różnych szacunków, uratowało się ponad 1000 pasażerów nieszczęsnego rejsu.
Część z ofiar została w tajemnicy pochowana w Łebie i Ustce, reszta pozostała na zawsze na dnie....
W 1994 roku Polska uznała wrak MS" Wilhelm Gustloff" za mogiłę wojenną, w związku z czym zakazane jest nurkowanie na wrak i w promieniu 500m od niego.
Dziesięć dni później 10 lutego 1945 S-13 storpedował i zatopił u polskich wybrzeży transportowiec SS "General von Steuben", na którym zginęło ok. 3000-4500 Niemców, prawie połowę stanowili ranni żołnierze. Płynął z Piławy do Świnoujścia.
Następnym w kolejce był MS "Goya". 16 Kwietnia u wybrzeży południowego cypla Mierzei Helskiej - po czterech godzinach od wyjścia z portu został uszkodzony przez radzieckie bombowce. Około godziny 23:52 12 mil morskich od Łeby dosięgły go dwie torpedy z radzieckiego L-3. Tu dowodził Władimir Konstantynowicz Konowałow. ( również Bohater Związku Radzieckiego) W lodowatej wodzie zginęło co najmniej 6000 osób
( możliwe, że więcej).
marinescu
A na zdjęciu pomnik naszego bohaterskiego podwodniaka, stojący w Kaliningradzie. On zaś 13 września 1945 roku za lekceważenie obowiązków, "systematyczne pijaństwo i rozwiązłość obyczajową" został odsunięty od służby na okrętach podwodnych i zdegradowany do starszego lejtnanta.Potem pływał na trałowcach a w listopadzie '45 przeniesiono go do rezerwy.Pływał na statkach handlowych, za kradzież wylądował na dwa lata w obozie na Kołymie. Dla wielu jednak był bohaterem. Zmarł w wieku 50 lat w 1963 roku w Leningradzie.Doceniono go oficjalnie, jako "podwodniaka nr 1" 27 lat po śmierci. 5 maja 1990 otrzymał tytuł Bohatera Związku Radzieckiego.......................
 
i jeszcze link do artykułu  na trojmiasto.pl
http://historia.trojmiasto.pl/70-lat-od-zatopienia-Gustloffa-Czy-jest-co-obchodzic-n87144.html
 
 

m/s Konopnicka- rocznica wielkiej tragedii

redmysza1

55 lat temu w Stoczni Gdańskiej rozegrała się wielka tragedia. 5 lat temu na portalu Trojmiasto.pl ukazał się ten artykuł.

link do niego :http://historia.trojmiasto.pl/Rocznica-najwiekszej-katastrofy-w-powojennej-historii-stoczni-n53788.html#tri

tam również można posłuchać i obejrzeć utwór jaki napisał o tym smutnym wydarzeniu Jacek Kaczmarski

Tekst kopiuję, żeby mi nie umknął

299189Dawniejnieliczylisieludziealewynikizdjęcie autorstwaRocznica największej katastrofy w powojennej historii stoczni; m/s maria konopnicka, statek, katastrofa, stocznia im. lenina, pożar na statku

fot. Zbigniew Kosycarz/KFP zamieszczone w w/w artykule

 

 


Rocznica największej katastrofy w powojennej historii stoczni

13 grudnia 1961 r. na statku m/s Maria Konopnicka w Stoczni im. Lenina w Gdańsku zginęło 22 pracowników. Mogliby zostać uratowani, ale w stoczni uznano, że wycięcie otworu w burcie jeszcze pogorszy sprawę. A może chodziło o to, by nie zniszczyć jednostki przeznaczonej dla ZSRR?
M/S Maria Konopnicka to budowany w latach 60. drobnicowiec, tzw. dziesięciotysięcznik. Dla ówczesnej władzy mało było rzeczy ważnych, ale jedna pozostawała niepodważalna: plany. Plany trzeba było realizować, najlepiej co najmniej w 150 proc., aby podkreślić swe zaangażowanie we wsparcie władzy ludowej. Kto planów nie realizował - nie miał szans na poparcie partii, choćby w sprawie awansu na brygadzistę.

Plan to podstawa

Niektórzy prześcigali się więc w realizacji planów, choć oczywiście nie swoimi rękami. Z pewnością należeli do nich zarządzający Stocznią Gdańską im. Lenina. 13 grudnia 1961 roku M/S Maria Konopnicka był już po próbach morskich, ale wrócił do stoczni, by go doposażyć i poprawić usterki. Do zakończenia prac pozostały już tylko trzy dni. 16 grudnia statek miał być przekazany armatorowi. Usterek - choć głównie drobnych - była cała masa, więc oddanie statku w terminie było niemożliwie. Ale nie dla dyrekcji stoczni. Powiedzenie "wszystkie ręce na pokład" zostało wprowadzone w życie całkowicie dosłownie. Do pracy skierowanych zostało 300 robotników.

Spłonął żywcem

Jak to zawsze przy podobnych zrywach bywało, nikt prac nie ogarniał, nadzór był fikcją. Liczył się tylko czas. Tragedia zaczęła się przy rurociągu, który dostarczał paliwo do agregatu prądotwórczego. Jedna z ekip odłączyła rurociąg, by poprawić nieszczelne spawy. Nie wiedział o tym inny stoczniowiec, który chciał ponownie włączyć prąd, by pracować i odkręcił zawór z ropą. Ropa zalała jednego ze spawaczy, który spłonął żywcem. Wylewała się jednak dalej, płonąc w kolejnych pomieszczeniach.Pracownicy zaczęli uciekać, zamykając za sobą drzwi i śluzy. Statki są tak budowane, by zamykane sekcje pozwoliły zatrzymać pożar. Tym razem śluzy zatrzymały nie tylko ogień, ale i ludzi. Odcięły drogę ucieczki 22 pracującym pod pokładem robotnikom.Schronili się w maszynowni. Tam nie było pożaru, ale nie było też wyjścia. Mimo tego stoczniowców można było uratować.

Młotem kadłuba nie przebili...

Najpierw przyjechali strażacy. Późno, bo nikt nie potrafił im wytłumaczyć, gdzie cumuje statek. W końcu jednak dotarli na miejsce. Tylko, że nie mieli właściwego sprzętu: nie tylko aparatów tlenowych, a nawet ognioodpornych ubrań. W efekcie nie mogli wejść do zadymionego statku.Uwięzieni stoczniowcy nie poddawali się. Walili młotami w kadłub - do dziś nie wiadomo czy po ty, by wskazać ratownikom miejsce, w którym przebywają, czy mieli nadzieję, że może uda się im wydostać. - Miałam wtedy 11 lat, a w maszynowni schronił się mój ojciec Klemens Zieliński. Przez długie godziny czekano na decyzję z Warszawy: czy wyciąć dziurę w poszyciu. Gdy nareszcie nadeszła, było już za późno. Podobno mój tata jeszcze oddychał, gdy w końcu ich wyciągnęli. Nie przeżył - mówi pani Cecylia.

To były inne czasy...

Nie uratował się żaden z 22 stoczniowców. W tamtych czasach nie bardzo wiedziano jeszcze gdzie wycinać dziury w poszyciu. Nie tłumaczy to jednak opieszałości dyrekcji gdańskiej stoczni. Przez lata ludzie mówili potem, że decyzji nie podjęto, bo statek miał być przekazany ZSRR.Władze stoczni tłumaczyły, że z cięcia kadłuba zrezygnowano, bo dopływ tlenu do wnętrza statku mógłby jeszcze podsycić pożar.- Było jakieś śledztwo, ale to były inne czasy, nikt się nie przejmował jak teraz. Dopiero w 2004 roku przed stocznią odsłonięto tablicę pamiątkową. Nikt nawet nie wymienił na niej nazwisk, a różne źródła podają, że było tam 21 lub 22 osoby - dodaje pani Cecylia.Od tamtej pory na każdym budowanym statku oznacza się miejsce na zewnętrznej części kadłuba, które w razie czego może być rozcięte i służyć jako otwór ewakuacyjny.M/S Maria Konopnicka do końca swoich dni była pechowym statkiem. Po pożarze przez rok była remontowana, a potem przez 17 lat pływała we flocie Chipolbroku na Dalekim Wschodzie. Później użytkowali ją Chińczycy, nadając nowe imię - Yixing. 30 października 1980 roku statek całkowicie spłonął podczas postoju w Szanghaju.

Michał Sielski
m.sielski@trojmiasto.pl 

Idą Święta.... :)

redmysza1

Zbliżają się święta . Pracowity okres dla gospodyń domowych ( gospodarzy oczywiście też- tych którzy się włączają do pomocy- a takich wcale nie tak mało :)
Myślę, że wszyscy doskonale znamy logo firmy 

Dr.Oetker


W Gdańsku Oliwie, przy ulicy noszącej dzisiaj imię Admirała Arenda Dickmanna dowódcy polskiej floty ( a dzisiaj 389 rocznica jego śmierci, jaką poniósł  w 1627 roku w trakcie zwycięskiej Bitwy pod Oliwą stoczonej z flotą szwedzką) od 95 lat znajduje się fabryka, która produkuje rzeczy w kuchni niezbędne.
Mowa oczywiście o Dr. August Oetker Nahrungsmittel KG – przedsiębiorstwie wywodzącym się z Niemiec, produkującym dodatki do pieczenia ciast, środki żelujące, müsli, desery, zapiekanki, pizze mrożone oraz jogurty. To producent pierwszego na świecie proszku do pieczenia w torebkach.
A jak to się zaczęło?
Historia zaczęła się w 1893 roku. Wtedy to 31-letni dr August Oetker, aptekarz z niemieckiego Bielefeld, mając do dyspozycji wagę kuchenną, moździerz i wachlarz chemicznych specyfików, opracował proszek do pieczenia według własnego przepisu. Udoskonalił tym samym, poprawiając walory smakowe i wydłużając czas przechowywania, produkt opracowany wcześniej przez niejakiego Justusa Liebiga. Proszek Backin, jak go nazwał (od niemieckiego czasownika „backen” – piec), pakował w małe 10-gramowe torebeczki i sprzedawał w swojej aptece. Produkt szybko zaczął cieszyć się dużym powodzeniem u gospodyń domowych.
oetkerzdjęcie ze strony www.oetker.pl 
August Oetker urodził się 6. Stycznia 1862 roku jako syn Augusta Adolpha Oetkera oraz Berthy Oetker. Po ukończeniu szkoły podstawowej uczęszczał do Gimnazjum Adolfinum w Bückeburgu, gdzie w 1878 roku zdał maturę. Prawdopodobnie w 1884 zatrudnił się w jednej z firm w miejscowości Hanau, która zajmowała się produkcją sprzętu farmaceutycznego. Oetker rozpoczął swoje życie zawodowe w Berlinie, mając na koncie kilka biznesowych niepowodzeń.
Od kiedy wpadł na swój genialny pomysł, jego życie diametralnie się zmieniło.



Nieoczekiwany popyt zachęcił go do opracowania innych sproszkowanych dodatków: cukru waniliowego, budyniu i zagęszczacza do potraw. Aptekarz postanowił ruszyć z produkcją na skalę przemysłową. Otworzył małą fabryczkę w rodzinnym Bielefeld i ogłosił konkurs na znak graficzny firmy. Na logotyp wybrał zarys jasnej kobiecej głowy na ciemnym tle. Hasło z kolei wymyślił sam: „Roztropna głowa używa tylko wyrobów dr Oetkera”. Wykazał się przy tym wszystkim niemałą dalekowzrocznością, rejestrując w porę znak towarowy i zabezpieczając patentem recepturę swojego produktu.

Firma na tyle dobrze się rozwijała, że dr August Oetker przyjął do jej kierownictwa swoich dwóch braci, Eduarda Oetkera i Louisa Oetkera. Powierzył im prowadzenie spraw handlowych, sam zaś zajął się opracowywaniem nowych receptur. Po pięciu latach od  uruchomienia produkcji na rynek trafiło już 50 mln opakowań Backinu i innych proszków, galaretek i budyniów. W 1908 roku otwarto pierwszą zagraniczną filię firmy pod Wiedniem.

Po śmierci dr. Augusta Oetkera w 1918 roku biznes bez zmiany znaku towarowego przeszedł w ręce dr. Richarda Kaselowsky’ego, przyjaciela rodziny, który poślubił wdowę po zabitym pod Verdun synu założyciela. Pod jego zarządem firma zatrudniała 600 osób i zbudowała zakłady produkcyjne za granicą – w Holandii, Belgii, Luksemburgu, Danii, Norwegii i Włoszech. W 1921 roku niemiecka firma otworzyła fabrykę na terenie Gdańska. Produkowała w niej m.in.: proszek do pieczenia, cukier wanilinowy, żelatynę „Regina” oraz aromaty i desery w proszku.

Przez całe dwudziestolecie międzywojenne Dr. Oetker podejmował intensywne i nowatorskie działania promocyjne – ustawiał na ulicach samochody z reklamą firmy, umieszczał przepisy na opakowaniach oraz organizował prezentacje z pieczenia ciast i wykłady. Wypuścił nawet na rynek zeszyt z przepisami oraz „Książkę kucharską Dr. Oetkera”, która w krótkim czasie stała się bestsellerem. Ta historia traci niestety swoją słodycz wraz z przejęciem władzy w Niemczech przez nazistów…

Gdy w 1933 roku NSDAP przejęła władzę w Niemczech, właściciel Dr. Oetkera, podobnie jak właściciele kilku innych niemieckich firm (Hugo Boss czy Krupp), nie ukrywał swojej sympatii dla niemieckiego reżimu. Richard Kaselowsky był wielbicielem Hitlera i należał do Kręgu Przyjaciół Reichsfuehrera SS Heinricha Himmlera – grupy przemysłowców wspierających nazistów co roku kwotą miliona marek. Dzięki kontaktom z nazistami miał możliwość zakupu za bezcen browaru Groterjan odebranego wcześniej żydowskim właścicielom. W 1937 roku Adolf Hitler nadał nawet jego firmie tytuł „wzorowego narodowosocjalistycznego zakładu pracy”.
W czasie II wojny światowej Kaselowsky zatrudniał w swoich fabrykach robotników przymusowych oraz produkował na potrzeby niemieckiej armii. Również pasierb Kaselowsky’ego, Rudolf (wnuk założyciela firmy), sympatyzował z nazistami. W obawie przed wysłaniem na front wschodni dobrowolnie zapisał się do Waffen SS. Jego biograf Sven Keller napisał o nim jako o człowieku „przekonanym o słuszności nazizmu”. Jego syn August nie tak dawno podobnie skomentował jego postawę: „Nie mam żadnych wątpliwości, że on do ostatnich swoich dni był nazistą i myślał tak, jak naziści”. Podobnie zresztą jak wielu innych Niemców.

Kilka lat temu, już po śmierci Rudolfa Oetkera, rodzina postanowiła rozliczyć się z przeszłością. Sfinansowała badania historyczne i otworzyła przed historykami swoje archiwa. Odkryto w nich, że nawet po wojnie Rudolf Oetker zatrudniał dawnych nazistów, wśród których był m.in. Rudolf von Ribbentrop, syn byłego ministra spraw zagranicznych Rzeszy. Wspierał też finansowo weteranów elitarnej formacji Leibstandarte Adolf Hitler.

W 1944 roku podczas nalotu bombowego aliantów Kaselowsky zginął wraz z żoną i córkami. Trzy lata później, już po denazyfikacji, firmę przejął 30-letni Rudolf Oetker – jedyny, który ocalał w bombardowaniu. Na powojennych zgliszczach podjął się zadania obudowy fabryki. Działał z rozmachem. Już wtedy Bernt Engelmann w książce „Rzesza rozpadła się... bogacze pozostali” umieścił Dr. Oetkera wśród największych zachodnioniemieckich firm.

Jeżeli chodzi o nasze miasto to w 1945 roku, gdańska fabryka zostaje przejęta przez Gdańskie Zakłady Środków Spożywczych.

Pod zarządem Rudolfa firma nawiązała intratne kontrakty zagraniczne, przejęła kilka firm z branży spożywczej i zadebiutowała z nowymi produktami m.in. lodami w proszku. W latach 50. wyprodukowała 750 mln opakowań proszku do pieczenia i innych produktów spożywczych. W tym czasie Rudolf Oetker, jako pierwszy z rodziny, odważył się wyjść poza dobrze mu znaną branżę spożywczą. Stał się bowiem właścicielem, a w niektórych przypadkach udziałowcem, zachodnioniemieckich browarów, statków przewożących towary na Bliski i Daleki Wschód, luksusowych hoteli, a także kilku instytucji finansowych, firm reklamowych i zakładów chemicznych.

„Trudno zliczyć w ilu przedsiębiorstwach posiadam udziały” – mawiał. Jednocześnie cały czas poszerzał spożywczy asortyment. W 1970 roku wprowadził na niemiecki rynek pierwszą mrożoną pizzę. Koncernem kierował do 1981 roku, kiedy stery firmy przekazał najstarszemu synowi, urodzonemu w 1944 roku Augustowi. Przed odejściem podzielił po równo udziały w spółce między ośmioro swoich dzieci i ich rodziny. Aż do śmierci w 2007 roku doradzał zarządowi i rozwijał sieć luksusowych hoteli.

Tymczasem nowy prezes wycenianej na 12 mld euro firmy kładł szczególny nacisk na umiędzynarodowienie przedsiębiorstwa. W 2010 roku firmę przejął młodszy brat Augusta, urodzony w 1951 roku Richard, dotychczasowy członek zarządu. Ma on na swoim koncie tragiczne doświadczenie. W grudniu 1976 roku porwano go dla okupu. Wolność odzyskał po trzech dniach tortur i zapłaceniu porywaczom 21 mln marek. Do jego osiągnięć należy ekspansja firmy na rynki wschodnioeuropejskie w latach 90., w tym na polski rynek.
oetker_gdaskzdjęcie ze strony www.oetker.pl 
W 1991 roku, z inicjatywy pracowników miało miejsce utworzenie pierwszego polsko-zagranicznego join-venture w branży spożywczej z zakładem należącym do Miasta Gdańsk. Wówczas Dr. Oetker nabyła 51% udziałów jakie posiadała gmina, a trzy lata później – pozostałe.
Obecnie firma Dr. Oetker Polska posiada trzy zakłady produkcyjne: fabrykę koncentratów spożywczych w Gdańsku (centrala), fabrykę pizzy mrożonej w Łebczu oraz fabrykę słodkich dekoracji w Płocku.

Dziś koncern posiada fabryki w wielu miejscach na świecie (w Europie, Rosji, Kanadzie, Australii, Indiach, Chinach, Brazylii, Afryce Płd i Malezji). Flagowymi produktami Dr. Oetkera nadal są głównie słodkości: budynie, kisiele, galaretki i ciasta w proszku. Jednak Oetkerowie działają również w sektorze piwa, napojów bezalkoholowych i szampana, a także w branży bankowej, transportu morskiego i wydawniczej. Wielopokoleniowy rodzinny biznes ma się dobrze i rośnie jak na drożdżach. Czy raczej, jak na starym, dobrym proszku Backin.

Korzystałam z artykułu Emilii Kunikowskiej na biznes.onet.pl i ze strony www.oetker.pl ( szczerze mówiąc częściowo metodą kopiuj-wklej) :)

zdjęcia ze strony www.oetker.pl

Królewska Szkoła Nawigacji

redmysza1

199 lat temu ,19 listopada 1817 roku, w Gdańsku, powołano do życia Królewską Szkołę Nawigacji .

Ciekawy artykuł ze strony Trojmiasto .pl

125510BudynekgdanskiejSzkolyNawigacyjnejnapoczatkuXXwieku

Najpierw nauka, potem żeglowanie, czyli o gdańskiej szkole nawigacji.

Biorąc pod uwagę wspaniałe morskie tradycje Gdańska, może wydawać się dziwne, że przez wieki miasto obywało się bez szkoły, przygotowującej do pracy na statkach. Jednak w czasach przedrozbiorowych nie widziano chyba takiej potrzeby, choć warto podkreślić wkład profesorów gdańskiego Gimnazjum Akademickiego w rozwój matematyki, ukierunkowany m.i. na potrzeby obliczeń nawigacyjnych.
Po zagarnięciu miasta przez Prusy pojawiła się idea utworzenia w Gdańsku szkoły kształcącej kadry dla floty, zarówno wojennej - której Prusy wówczas nie posiadały - jak i cywilnej. Wydarzenia kolejnych lat, w tym zdobycie Gdańska przez Francuzów i udział w blokadzie Anglii, nie sprzyjały powstaniu szkoły. Ostatecznie zainaugurowała ona swą działalność w październiku 1817 r. jako "Królewska Szkoła Nawigacyjna".Od 1826 r. działała już we własnej siedzibie, zlokalizowanej przy ul. Karpiej - w pobliżu ujścia Kanału Raduni do Motławy. Nieduży budynek z wieżyczką mieszczącą obserwatorium stanowił charakterystyczny akcent zabudowy tej okolicy. Prócz obserwatorium, szkoła mieściła sale klasy wstępnej, po jednej sali wykładowej dla klasy szyprów i klasy sterników, gabinet chronometrów, gabinet map, bibliotekę, salę egzaminacyjną i gabinet dyrektora. Dyrektor posiadał też w budynku prywatne mieszkanie oraz przylegający ogród. Mniejsze mieszkanie przeznaczono dla woźnego. W przylegającym budynku znajdował się internat dla uczniów spoza Gdańska.W dziewiętnastym wieku obok szkoły często cumowały przydzielone do niej żaglowce szkolne - początkowo szkuner "Stralsund", później także przybrzeżna kanonierka "Danzig", a w kolejnych latach nowe jednostki.

125508RycinaprzedstawiajacabudynekszkolyiszkolnezaglowcejednymznichjestprawdopodobnieStralsund

W pierwszych latach istnienia szkoła przeżywała szybki rozwój. Co ciekawe, w tym okresie kierowali nią zatrudniani przez pruską administrację oficerowie skandynawscy: Duńczyk Ludolph Tobiesen (1817-1819), jego rodak Michael Bille (1819-1838), Norweg Lous (1838-1842), kolejny Duńczyk baron Dirckinck-Holmfeld (1842-1845). W pierwszym semestrze, za czasów Tobiesena, naukę podjęło 40 chłopców, po kilku latach, już we własnej siedzibie na Karpiej, szkoła miała prawie 400 uczniów. Nauka trwała dwa lata. Program obejmował wykłady m. in. z arytmetyki, geometrii, stereometrii, trygonometrii, geografii, astronomii oraz języka angielskiego. Po ukończeniu pierwszej klasy absolwent mógł złożyć publiczny egzamin i uzyskać tytuł sternika, po ukończeniu drugiej i kolejnym egzaminie - szypra.Uczniowie szkoły nawigacyjnej podczas nauki brali udział w rejsach szkolnych. W latach 1833-1838 pływano przede wszystkim po Bałtyku, dokonując licznych pomiarów i obserwacji. Wiele pozyskanego wówczas materiału znalazło wykorzystanie w pierwszym opracowanym w państwie pruskim atlasie morskim Bałtyku. W kolejnych latach statek szkolny zawijał m. in. na Morze Śródziemne, a w roku 1847 po raz pierwszy pokonał Atlantyk, docierając do Nowego Jorku. Jeden z dyrektorów szkoły, Michael Friedrich Albrecht, był autorem wielokrotnie wznawianego podręcznika nawigacji, stanowiącego podstawę kształcenia kolejnych roczników nawigatorów.W drugiej połowie XIX wieku szkoła przeżyła pewien regres, spowodowany chyba zbytnim konserwatyzmem i niechętnym stosunkiem do rozwoju żeglugi o napędzie parowym. Spadek ilości uczniów okazał się jednak przejściowy. Na początku XX wieku, gdy Cesarstwo Niemieckie coraz głośniej zgłaszało pretensję do stania się mocarstwem kolonialnym, chętnych do nauki było znów tak wielu, że stary budynek nie był w stanie wszystkich pomieścić. Jednak dopiero po pierwszej wojnie światowej nastąpiła przeprowadzka szkoły - pod nową nazwą, jako Szkoła Żeglugi - do pokoszarowego budynku przy dzisiejszej al. Legionów .Stary budynek na Karpiej był przez pewien czas siedzibą lewicowych związków zawodowych, a po 1933 został przejęty przez organizacje powiązane z partią narodowosocjalistyczną. W 1945 r. cała zabudowa ulicy Karpiej, odznaczająca się szczególnym urokiem, przestała, niestety, istnieć.

125506Widoknamiejscewktorymdo1945rstalawGdanskuSzkolaNawigacyjna

artykuł ze strony Trojmiasto z dnia 01.06.2010

Czytaj więcej na:
http://historia.trojmiasto.pl/Najpierw-nauka-potem-zeglowanie-czyli-o-gdanskiej-szkole-nawigacyjnej-n39221.html#tri

O autorze :


Marcin Stąporek

- autor jest publicystą historycznym, prowadzi firmę archeologiczną. Pracował w Muzeum Archeologicznym w Gdańsku i Wojewódzkim Urzędzie Ochrony Zabytków w Gdańsku. Obecnie jest pracownikiem Biura Prezydenta Gdańska ds. Kultury.

Św Elżbieta Węgierska jedna z głównych patronek Zakonu Krzyżackiego

redmysza1

Dzisiaj miałam przyjemność uczestniczyć w wykładzie Pana dr. Janusza Trupindy znawcy zagadnień krzyżackich :) wykład odbywał się w Dworze Artusa, były tłumy słuchaczy, a jego temat brzmiał "O patronach Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie". Wykład bardzo ciekawy, bardzo treściwy, mówiący o tym, którzy święci byli ( i są) ważni dla zakonników z czarnym krzyżem na białym płaszczu.
Jedną z nich jest św Elżbieta Węgierska. A ponieważ dzisiaj dzień poświęcony tej świętej, w 785 rocznicę jej śmierci, skupię się na jej osobie.
Dzisiaj rano znajoma z FB , koleżanka po fachu, Ilona Barbara Sobik zamieściła świetne opracowanie na temat św. Elżbiety. Idę więc na łatwiznę i metodą kopiuj-wklej......

elbieta_1
17 listopada - wspomnienie św. Elżbiety Węgierskiej.
Kim była św. Elżbieta Węgierska?

Św. Elżbieta Węgierska, jako księżna oddała się pielęgnowaniu chorych i cierpiących, była główną patronką wielkiej rodziny III Zakonu Św. Franciszka, patronką miłosierdzia chrześcijańskiego, jak ją nazywano ...

Księżna Św. Elżbieta urodziła się w 1207 r. Na Węgrzech. Była córką króla węgierskiego Andrzeja II i Gertrudy von Andechs (siostry św. Jadwigi Śląskiej).

Św. Elżbieta jest więc siostrzenicą głównej patronki Śląska. Żyła w XIII wieku szczytowym okresie średniowiecza, w stuleciu. które wydało najwięcej świętych w historii Kościoła.

W 1221 r. św. Elżbieta została zaręczona z Ludwikiem, synem Księcia Hermana, landgrafa Turyngii i Hesji, na zamku w Wartburgu koło Eisenach, na którym też po zaręczynach zamieszkała. W 14. roku życia wyszła za mąż za Ludwika IV. Była matką trojga dzieci: Hermana, Zofii, Gertrudy. Szczęście rodzinne okazało się jednak dla Elżbiety bardzo krótkie.

Po 6 latach, w roku 1227 jej mąż zmarł w Brindisi we Włoszech, kiedy udawał się na wyprawę krzyżową do Ziemi Świętej. Elżbieta miała zaledwie 20 lat, kiedy została wdową. Z własnej woli odsunęła się od życia dworskiego, opuściła zamek w Wartburgu i osiedliła się z dziećmi w pobliskim Eisenach, gdzie do dzisiaj znajduje się kościół. Potem przeniosła się do Martburga.

Przedziwne to kalendarium. krótkie i bogate. Elżbieta zdobyła świętość, żyjąc na zamku książęcym, a zarazem oddając się bez reszty posłudze chorym i ubogim, których nigdy nie brak wśród ludzi.

Chorzy i ubodzy...

Przez cały okres wdowiego życia św. Elżbieta nigdy nie zaniedbała akcji dobroczynnej, szczególniejszą zaś opieką darzyła kaleki, ludzi trędowatych i szczególnie pokrzywdzonych przez los. Dla tych celów z własnych funduszy zbudowała najpierw szpital w mieście Gotha.

Potem drugi w Wartburgu, w którym przebywała. Pracowała w nim do ostatnich dni swego życia, spełniając w nim wszystkie posługi. W cierpieniach i ranach cierpiących starała się za wzorem swego mistrza św. Franciszka z Asyżu, zawsze odczytywać rany i cierpienia samego Zbawiciela.

Zewnętrznym finałem naśladowania przez nią Chrystusa według franciszkańskiego ideału ludzi żyjących w świecie było przyjęcie habitu III Zakonu Św. Franciszka w Wielki Piątek 24 III 1228 r.

Przywdziała wówczas wraz ze swymi służącymi, Gudą i Izentrudą, biedny i szary strój franciszkańskich tercjarek, przepasując się zwykłym, pospolitym sznurem. W dniu tym złożyła również śluby, że:

1) za nic będzie sobie poczytywać wszystkie ziemskie dobra i zaszczyty,

2) zniesie każde poniżenie i wzgardę,

3) wyrzeka się swoich krewnych i nawet własnych dzieci.

Największą chyba dla niej ofiarę stanowiło to ostatnie przyrzeczenie, gdyż jej najmłodsza córka Gertruda liczyła wówczas zaledwie półtora roku. Wymowę tej ofiary potęguje jeszcze fakt, iż Elżbieta darzyła swe dzieci wprost wyjątkową miłością.

Wpatrzona w Chrystusa ukrzyżowanego, którego kochała ponad wszystko i w którym widziała chorych i biednych, pamiętając o słowach Chrystusa:

Wszystko cokolwiek uczyniliście jednemu z Moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 26,40), miłowała ona tych chorych do oddania wszystkiego, co posiadała. Nie żałowała im sił, czasu, rzeczy. Kochała ich z całego swego serca. To właśnie dla nich zbudowała trzy szpitale, gdzie gromadziła słabych chorych, najbiedniejszych i odrażających sadzała do swego stołu.

Zmarła z przepracowania i wyczerpania organizmu w wieku zaledwie 24 lat z 16 na 17 listopada 1231 r. Pochowana została w Marburgu.

Żywy po jej śmierci kult, poświęcony licznymi cudami, był powodem rychłej kanonizacji, której dokonał papież Grzegorz IX, ustanawiając jej święto w listopadzie.

W 1236 r. Przeniesiono jej relikwie z kaplicy zbudowanego również przez nią szpitala pod wezwaniem św. Franciszka do nowo zbudowanego przez nią szpitala. W 1539 r. zabrał relikwie św. Elżbiety na zamek w Marburgu jej potomek Filip Heski, ale w 1548 r. wróciły one ponownie na swe dawne miejsce, czyli do kościoła św. Elżbiety w Marburgu.

W ikonografii przedstawia się św. Elżbietę jako księżniczkę lub tercjarkę franciszkańską, zwykle z atrybutami miłosierdzia (chlebem, rybą lub dzbanem) i żebrakiem u stóp, a czasem z modelem kościoła w ręku albo z różami. W bazylice różanostockiej znajduje się figura św. Elżbiety z naręczem róż w fartuchu. Według legendy św. Elżbieta wynosiła z zamku żywność dla ubogich, kiedy ją sprawdzano, co niesie, pokazało się, że w fartuchu są róże, mimo że była to zima.

elbieta_2

Tyle o św. Elżbiecie.

 


W Gdańsku mamy kościół św. Elżbiety, w którym obecnie swoje miejsce, po II wojnie, znaleźli  ojcowie Pallotyni.

elbieta_3

                            zdjęcie z publikacji "gdańsk w dawnych rycinach" Zofii Jakrzewskiej-Śnieżko z 1980r

A historia jego zabudowań i funkcjonowania na przestrzeni wieków jest bardzo ciekawa. Można ją prześledzić np. tutaj :


http://www.elzbieta.gdansk.pl/niezwykla-historia-kosciola-5090

Przytaczam tu fragment tego tekstu, mówiący o powstaniu średniowiecznego szpitalo-sierocińca :
"Najpierw istniał dom szpitalny, później powstała kaplica. - Pozwalamy wybudować kaplicę i trzymać w niej święte sakramenty i olej do namaszczania chorych, jak również utrzymywać własnego księdza - pisał wielki mistrz Konrad von Jungingen w dokumencie z 1394 r. Krzyżacki przywilej otworzył drogę do rozwoju małego kompleksu szpitalnego. - Z tymże pod słowem szpitalny należy rozumieć średniowieczne połączenie szpitala, przytułku i domu dla pielgrzymów. Ponadto funkcjonował tu również sierociniec. Dopiero po latach przeniesiono go do osobnego budynku - objaśnia Andrzej Januszajtis."

Mogę tu dodać( a wiem to z dzisiejszego wykładu) że jego zarządcą został w 1394 roku Niclas von Hohenstein, który był spowiednikiem  bł. (lub św.)Doroty z Mątowów. Ona również była bardzo ważną dla zakonu krzyżackiego. Ale może o niej innym razem... 

© Trójmiejskie opowieści przeróżnej treści
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci