Menu

Trójmiejskie opowieści przeróżnej treści

Jacek Żuławski

redmysza1

Dzisiaj 29.03.2017 mija 90 rocznica urodzin Jacka Żuławskiego - malarza, grafika, profesora WSSP w Gdańsku, ale też i taternika, żeglarza...

jacek_uawski                                  zdjęcie stąd : http://culture.pl/pl/artykul/rod-zulawskich#second-menu-4

 

Bez jego obecności w naszym mieście, nie byłoby takim jakie je znamy.

Urodził się w Krakowie, w rodzinie TYCH Żuławskich. Jak pisze autor artykułu o tejże familii ( na stronie culture.pl):

"Rodzina Żuławskich w naszym kraju należy do najpłodniejszych pod względem artystycznym. Jej przedstawiciele szczególnie aktywni są na polu literackim, plastycznym, muzycznym i filmowym, nadal zadziwiając różnorodnością i skalą twórczych dokonań."

Jacek studiował od 1928r u Wojciecha Weissa i Stanisława Jarockiego w krakowskiej ASP, a potem u Felicjana Kowarskiego, z którego pracownią w 1929r. przeniósł się do Szkoły Sztuk Pięknych w Warszawie. Dodatkowo u Leonarda Pękalskiego poznawał tajniki malarstwa architektonicznego. Dzięki otrzymanemu w 1935 roku stypendium francuskiemu, mógł kontynuować naukę w pracowni Józefa Pankiewicza w Paryżu. Odbył też podróż do Italii. W 1934 roku współpracował z Felicjanem Kowarskim nad projektem konkursowym polichromii Kościoła Opatrzności w Chełmnie.

W 1938 roku zamieszkał w Gdyni, wraz z żoną Hanną (również znakomitą malarką, ceramikiem i pedagogiem). Tu wykonał kilka prac z dziedziny malarstwa architektonicznego, m.in.: - projekt kaplicy szpitalnej ( wykonany wraz z Hanną) - wystrój świetlicy koszar redłowskich ( tematyka- dzieje wojska polskiego) - projekt polichromii wielkiej sali Komisariatu Rządu ( "Apoteoza Gdyni"), niestety nie zrealizowany z powodu wybuchu wojny Po wybuchu wojny Żuławski wrócił do Warszawy, gdzie działał w ruchu oporu. W latach 1944-45, po ucieczce z transportu, przebywał w Krakowie i Lublinie. Tam 3 sierpnia 1944 roku została reaktywowana działalność Związku Artystów Plastyków. Halina i Jacek Żuławscy mieszkali wtedy w Łańcuchowie, pod Lublinem, w dworze skonfiskowanym rodzinie Steckich. Powstał w nim Dom Pracy Twórczej Plastyków.

Jesienią 1945 roku "desant" artystów plastyków ruszył na północ.Jego załogę stanowili zaprzyjaźnieni ze sobą artyści: Janusz Strzałecki, Krystyna i Juliusz Studniccy, Hanna i Jacek Żuławscy, Józefa i Marian Wnukowie. Kierowała nimi chęć włączenia się w odbudowę Gdańska i i współtworzenia życia artystycznego na Wybrzeżu. W Sopocie powołano do życia Państwowy Instytut Sztuk Plastycznych. 15 października 1945 roku studia rozpoczęło 22 studentów. Pod koniec roku uczelnia zmieniła nazwę na Państwowa Wyższa Szkoła Sztuk Pięknych ( potem Państwowa Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych w Gdańsku). Do wyboru były trzy wydziały: Malarstwa, Rzeźby i Architektury Wnętrz .

Jacek Żuławski prowadził najpierw pracownię rysunku wieczornego, w latach 1949-1965 kierował pracownią malarstwa architektonicznego, a do 1974 roku pracownią malarstwa na Wydziale Malarstwa. Asystentem Jacka Żuławskiego, w zakresie malarstwa architektonicznego, był Kazimierz Ostrowski. Pracownia wykształciła licznych artystów, młodych twórców, którzy swoje zdolności mogli zaprezentować , wraz z bardziej doświadczonymi kolegami, przy ozdabianiu odbudowywanej Drodze Królewskiej w Gdańsku. Mowa tu o Barbarze Massalskiej, Marii Leszczyńskiej, Ryszardzie Kozakiewiczu. Należałoby też wspomnieć Teresę Pągowską ( uczennicę Wacława Taranczewskiego, malarstwo monumentalne) Prócz zajęć jako nauczyciel, Żuławski podejmował też różne prace projektowe w zakresie malarstwa ściennego. Można by tu wymienić , znaną tylko z szkicu projektowego, dekorację wnętrza jadalni WRN w Gdańsku. Zarówno on , jak i żona Hanna, wykonywali też prace w innych miastach np. Warszawie (mozaikowe plafony "Cztery Pory Roku"na podcieniach placu Konstytucji autorstwa Hanny)

. Lata powojenne w naszym mieście to dyskusja nad tym jaki ten Gdańsk ma powstać z ruin. Spory były ogromne, na szczęście pojawił się Jan Zachwatowicz i jego "Plan Zachwatowicza". Zdołał przekonać opornych, że odbudowa nawet najbardziej zniszczonego miasta, jest ekonomiczniejsza niż budowa nowego. Odbudowywane Główne Miasto miało się stać robotniczym osiedlem mieszkaniowym. Gdańska Dyrekcja Budowy Osiedli Robotniczych była bowiem wówczas jedynym inwestorem dysponującym środkami umożliwiającymi realizację przedsięwzięcia o takiej skali. Ponadto oczywiście koncepcja wprowadzenie klasy robotniczej do śródmieścia miała swój wymiar propagandowy. Stawiano proste bloki, zachowując przebieg dawnych ulic. Trzeba je było jeszcze ozdobić.

W grudniu 1952 roku odbyło się spotkanie w tej sprawie.Brali w nim udział architekci, malarze, rzeźbiarze. Ustalono że głównym projektantem w sprawach rzeźbiarskich będzie Stanisław Horno-Popławski, a w sprawach malarstwa- Jacek Żuławski. Tematyka malarstwa na odbudowanej Drodze Królewskiej jest tak obszerna, że o niej może innym razem. Wszak miałam pisać o Jacku Żuławskim :)

Jego dzieła na Wybrzeżu to:

- malowidło w sali „Herbowej” Wojewódzkiej Rady Narodowej w Gdańsku

- fryz kamienicy przy ul. Długiej (tylnej elewacji Domu Uphagena, nr 12)

- sgraffito z panoramą portu na Motławie z połowy XVIII wieku we wnętrzu kina Leningrad (nr 57–58, późniejszy Neptun ( niestety kino nie istnieje :( powstaje nowy hotel ) Żeby nikt mi nie zarzucił, że kopiuję zdjęcia bez zgody autora, podaję tylko link : http://www.bryla.pl/blogi/art1900/2012/05/katedra_realizmu_socjalnego/1

- fryz przy Długim Targu 8 (z M. Leszczyńską)

- w latach 60. XX wieku opracował z zespołem wystrój sal parteru Ratusza Głównego Miasta. Sam wykonał m.in. fryz i portrety w Wielkiej Sali Wety (Białej), malowidło na kolebkowym sklepieniu Sali Zodiakalnej.

- projektował też tapiserie (np. dla „Daru Pomorza”, 1975) ( tapiserie to rodzaj ozdobnej tkaniny- in.gobeliny, arrasy)

Oczywiście działał też w innych miastach , np. w odbudowywanej Warszawie

-Malował też obrazy sztalugowe- pejzaże, martwe natury, akty. Ale jednak jego główne dzieła to te monumentalne

-Był ilustratorem książek. - 12 drzeworytów do Niobe K.I. Gałczyńskiego - rys. satyryczne do apokryfu Boya-Żeleńskiego Odsiecz Wiednia, czyli toaletka królowej Marysieńki )

Jednym słowem człowiek wszechstronny :)

Zmarł 27 listopada 1976 w Warszawie. Został pochowany na Wojskowym Cmentarzu Komunalnym w Warszawie (Kwatera: B 32 Rząd: 4 Grób: 29).  W grudniu 1988 roku dołączyła tam do niego żona Hanna.

1002895_543758772338925_731828449_n

 

1.P.S.Reliefowy portret artysty ( autorstwa Tadeusza Godziszewskiego) znajduje się wśród innych wizerunków osób związanych z odbudową miasta na zworniku podcieni kamienicy naroża Długiego Targu i ul. Pończoszników Ten portret i inne można obejrzeć ( jeżeli ktoś ma Facebook) tutaj: https://www.facebook.com/pg/Przewodnik-Tr%C3%B3jmiejski-Ewa-Czerwi%C5%84ska-Gda%C5%84sk-278346968880108/photos/?tab=album&album_id=543758362338966

 

2.P.S.Gdyby kogoś interesowała rodzina Żuławskich , a rodzina to bardzo ciekawa, to polecam artykuł : http://culture.pl/pl/artykul/rod-zulawskich#second-menu-4

 

 

Pisząc tekst korzystałam z:

- Gedanopedii,

- Strony ASP Gdańsk

- Wikipedii,

-opracowania p. Jacka Friedricha w "Gdańskie Studia Muzealne 6"( Muzeum Narodowe w Gdańsku) "Wystrój Dekoracyjny Drogi Królewskiej w Gdańsku w latach 1953-1955"

-książki Jacka Friedricha "Odbudowa Głównego Miasta Gdańska w latach 1945-1960" -wyszukiwarki cmentarnej miasta Warszawa

Gdański dobroczyńca Jan Connert

redmysza1

Nieliczni turyści, a nawet mieszkańcy naszego miasta, mają możliwość odwiedzenia zaplecza budynku Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.
Budynek znany z wydarzeń grudnia roku 1970.  O jego historii pisałam tutaj:

http://gdansksopotgdynia.blox.pl/2015/12/Budynek-ktory-rowniez-stal-sie-ofiara-grudnia-70.html


Właśnie na jego zapleczu znajduje się szesnastowieczna perełka- przepiękny portal, pochodzący z budynku, który stał tu wcześniej.
Ozdobny portal wejściowy był ostatnim dziełem w życiu Krzysztofa Strzyckiego( rzeźbiarz i kamieniarz, który mieszkał na Szafarni w wybudowanej przez siebie rezydencji zwanej "Dom pod Murzynkiem")
 Jest to jeden z najstarszych zachowanych renesansowych detali, tego rodzaju w naszym mieście.
Co więcej, jest na nim przedstawiona chyba jedyna podobizna człowieka wielce zasłużonego dla mieszkańców naszego miasta ( zwłaszcza tych najbiedniejszych i najsłabszych).
Dzisiaj rocznica jego śmierci.

connert

Nazywał się Jan ( Johan) Connert ( chociaż nazwisko jego pisano też w formie Konnert lub Conrad). Niestety nie udało mi się znaleźć informacji w którym roku przyszedł na świat. Może ktoś z czytających mój tekst będzie wiedział. Zmarł po pracowitym życiu 09.03.1560 roku.
Był znanym ze swej hojności,zwłaszcza na cele dobroczynne, rajcą i jednym z pierwszych mecenasów sztuki  w naszym mieście.
Wszyscy doskonale znamy przepiękną kamienicę nr 45 stojącą na rodu ulicy Długiej i Ławniczej. Mieści się tam obecnie siedziba PTTK.Została wzniesiona w latach 1555-1560 właśnie z fundacji Jana Connerta.
Posiadłości bohatera mojej opowieści znajdowały się również poza terenem ścisłego Gdańska. Od roku 1540 Jan Connert był gospodarzem młyna wodnego (tzw.Młyn II), na Potoku Oliwskim. Rajca Jan urządził tam kuźnię miedzi. Obiekt nazywano "Conrads Hammer". Nazwa ta przetrwała aż do końca ostatniej wojny, w nieco zmienionej formie- "Konradshammer". Prócz kuźni znajdowały się tam tartak i młyn zbożowy, a w następnym stuleciu również słodownia i browar. Obok stał gustownie urządzony letni dworek rodziny Connertów, którzy byli posiadaczami tych obiektów aż do drugiej wojny ze Szwedami. Wtedy , niestety, ogień pochłonął wszystko. Potem na tym miejscu powstawały inne budowle, ale piwnice o kolebkowym kształcie, być może pamiętają jeszcze czasy Jana Connerta.
 W roku 1835 Johann Ferdinand Geschkat i Friedrich Wilhelm Apfelbaum założyli w Młynie II kuźnię i fabryczkę karabinów ( potem przeniesiono ją na Dolne Miasto i rozrosła się do potężnych rozmiarów)
 Dzisiaj , obok miejsca dawnego "Konradshammer", swoją Galerię Rzeźby ma artysta rzeźbiarz Józef Sarnowski. (Pomorska 68)

Wróćmy jednak do Gdańska i działalności dobroczynnej.
Szpital św. Elżbiety istniał w Gdańsku od czasów krzyżackich. Ci zezwolili na jego budowę w roku 1394.Był przeznaczony dla chorych i ubogich, ale także dla osób starszych i pielgrzymów.Po wypędzeniu rycerzy z czarnymi krzyżami na białych płaszczach (1454r), szpital przeszedł pod zarząd Rady Miasta. Był miejscem, gdzie opiekowano się sierotami i porzuconymi dziećmi z tzw. nieprawego łoża. Jak pisano na początku XVIw - "Bywa tu zawsze tych bękartów to 100, to półtora setki, to 200. Do tego 50 lub 60 mamek wyznaczonych przez panów rajców. Trzyma się tam dzieci do lat 14, przyuczając je do rzemiosła albo kupiectwa lub do innego uczciwego zarobku"
W roku 1547 sierociniec dotknęło nieszczęście- pożar- dzieci straciły dach nad głową. I wtedy pojawił się dobroczyńca - Jan Connert. Z własnych funduszy polecił wybudowanie nowego budynku sierocińca. Wzniesiono go w 1549 roku. Mało tego- Connert wystarał się u króla polskiego Zygmunta Augusta o przywilej dla nieślubnych dzieci. Do momentu jego ogłoszenia dzieci urodzone poza związkiem małżeńskim, nie mogły kształcić się w niektórych szkołach, ani wykonywać niektórych zawodów. Teraz miały równe prawa.( przywilej ten w roku 1702 król August II rozszerzył też na Dom Dobroczynności i Sierot na Osieku- budynek, gdzie powstaje Centrum Grassa i Chodowieckiego).

sierociniecgrafika Petera Willera z 1687 roku
 Co ciekawe- w sierocińcu Connerta przy św Elżbiecie, powstało coś, co dzisiaj, nazwalibyśmy "oknem życia". Jeżeli chodzi o liczbę dzieci, które przebywały w tym przybytku, to w 1541 roku było ich 40, w 1599- 102, a wiele lat później bo w 1729- 309. W 1867 roku dzieci przeniesiono do nowego zakładu w Oliwie, a budynek przeznaczono dla bezdomnych, chorych psychicznie i zakaźnie. W 1916 roku budynek rozebrano, a jego elementy weszły w skład nowo budowanego obiektu. Ale o tym już wspominałam.
Jan Connert zmarł 9 marca 1560 roku i został pochowany w kościele NMP na Głównym Mieście.

epitafium_connertw_117 Epitafium rodziny Connertzdjęcie stąd: http://forum.dawnygdansk.pl/viewtopic.php?p=145195

i jeszcze link do artykułu dotyczącego konserwacji epitafium Connertów

http://galeria.trojmiasto.pl/Konserwacja-epitafium-Connertow-w-Bazylice-Mariackiej-48495.html?tag=Connert%F3w&pozycja=4

Kontradmirał Adam Mohuczy "Pirat"

redmysza1
7 marca 1891 roku w Witebsku, urodził się współtwórca Marynarki Wojennej po I wojnie- kontradmirał Adam Mohuczy "Pirat" .
Był uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku i kampanii wrześniowej. W PRL skazany został na 13 lat więzienia pod fałszywym zarzutem sabotażu.
Ch_ovkXWkAAzAwO
W Morskim Korpusie Kadetów w Petersburgu w 1908 roku zdobył stopień podchorążego, a trzy lata później stopień oficerski i do wybuchu I wojny światowej służył we Flocie Bałtyckiej .Był m.in. starszym oficerem okrętu podwodnego, następnie w 1917 roku został wykładowcą, a potem kierownikiem naukowym w Mikołajewskiej Akademii Morskiej.
Po odzyskaniu przez nasz kraj niepodległości od 1919 roku służył w Polskiej Marynarce Wojennej. Najpierw jako referent w Sekcji Organizacyjnej Departamentu dla Spraw Morskich, a potem jako dowódca Kadry Marynarki Wojennej w Toruniu. W wojnie roku 1920 dowodził II Batalionem Morskim pod Grodnem. Odznaczono go Orderem Virtuti Militari V klasy.
Po studiach w Paryżu (w Wyższej Morskiej Szkole Wojennej) objął stanowisko komendanta Portu Wojennego w Pucku. Był autorem planu obrony Helu i Gdyni, zakładającym m.in. instalację artylerii nadbrzeżnej i przeciwlotniczej.
Następnie do roku 1936 był dyrektorem Państwowej Szkoły Morskiej, najpierw w Tczewie, a potem w Gdyni.
Po mobilizacji w sierpniu 1939 roku, po wybuchu wojny, objął funkcję prokuratora w Morskim Sądzie Wojennym. Brał udział w obronie Helu, a po kapitulacji wraz z grupą oficerów i marynarzy podjął nieudaną próbę ucieczki na kutrze rybackim HEL-117. Schwytany przez Niemców, do końca wojny przebywał w obozie jenieckim.
Po zakończeniu wojny został kierownikiem Wydziału Żeglugi i Portów Izby Przemysłowo-Handlowej w Gdyni. Później objął funkcję zastępcy komendanta Szkoły Podchorążych Marynarki Wojennej i zastępcy, a później szefa Sztabu Głównego Marynarki Wojennej. Był również dowódcą Marynarki Wojennej przygotowując m.in. sześcioletni program rozbudowy floty wojennej. W 1947 r. z uwagi na stan zdrowia, odszedł z Marynarki Wojennej i objął stanowisko prezesa Rady Głównej Ligi Morskiej. Rok później przeniesiono go w stan spoczynku.
W roku 1949, na "fali" aresztowań wśród kadry oficerskiej MW, został pojmany, poddany torturom, oskarzony o działalność sabotażową i skazany na 13 lat więzienia. Przetrzymywano go w Sztumie. Jego stan zdrowia systematycznie sie pogarszał.
7 maja 1953 r. Adam Mohuczy zasłabł podczas spaceru na podwórzu więziennym i został przez innych więźniów przeniesiony do celi. Zmarł bez udzielenia pomocy lekarskiej. Spoczął w grobie na Cmentarzu Bródnowskim w Warszawie.
W 1957 r. został zrehabilitowany.
Kontradmirał Adam Mohuczy przez całe swoje życie pozostał wierny zasadzie twórczej pracy na morzu i dla morza. Była ona jego powołaniem i wielką pasją Marynarce Wojennej RP oddał całe swoje życie.
Niestety podziękowanie, jakie otrzymał, nie było takim na jakie zasłużył..
Nie był w tym odosobniony...... Taki los Ludowe Państwo zgotowało wielu swoim bohaterom......
 
link do ciekawego materiału o" procesie komandorów" :
 
zdjęcie z bardzo ciekawej strony:
https://twitter.com/WBH_2016
 
 

Styczniowa tragedia 1945...

redmysza1
Dzisiaj  tragiczna rocznica....
Na specjalistycznych mapach oznaczany jest jako: „Przeszkoda nr 73”. Nie leży pod kątem prostym, złamał się. Leży na lewej burcie. Śmiało można powiedzieć, że była to największa katastrofa morska w historii. Liczba ofiar zatonięcia "Titanica" jest ułamkiem tej rzeszy ludzi, która w mroźną styczniową noc w lodowatych wodach Bałtyku znalazła kres swojej drogi życia.
MS "Wilhelm Gustloff"- niemiecki statek wycieczkowy, zwodowany w obecności samego Adolfa H. w hamburskiej stoczni, w 1937 roku. Nazwano go imieniem członka NSDAP, nazistowskiego "męczennika", który zginął w Szwajcarii z ręki żydowskiego studenta. Po oddaniu go do eksploatacji,w rok później, rozpoczął rejsy wycieczkowe m.in. po Morzu Śródziemnym, a także po norweskich wodach przybrzeżnych. Co ciekawe, miał tylko jedną klasę, wszyscy podróżowali w identycznych warunkach. W swoich kabinach, salonach, salach balowych, basenach zapewniał luksusy prawie 1500 pasażerom, obsługiwanym przez 500 osób załogi...... odbył 50 rejsów.... Było pięknie...
Bundesarchiv_Bild_183H27992_Lazarettschiff__Wilhelm_Gustloff__in_Danzig                       zdjęcie z Wikipedii
 

Potem rozpoczęła się wojna. Zmieniono jego funkcję. Najpierw zrobiono z niego pływający szpital, potem służył do transportu wojska. Zamontowano mu nawet wyrzutnie bomb głębinowych i broń przeciwlotniczą.
Zimą 1944/45 rozpoczął się exodus ludności niemieckiej uciekającej przed nadciągającą zwycięską "wieliką krasną armią" ze wschodu....
Wycieczkowiec, ze względu na swoje gabaryty, doskonale nadawał się do ewakuacji. Chętnych były nieprzebrane tłumy z dobytkiem, bagażami,czworonogami..... Na "Gustloffa" można było zabrać tylko jedną walizkę.
Całe życie w jedną walizkę.....
Kwitł nielegalny handel przepustkami... Na pokład okrętowano cywili, rannych żołnierzy, marynarzy, kobiety z korpusu Kriegsmarine... w sumie ponad 10 tys osób, nikt nie jest w stanie powiedzieć ile, stracono rachubę...
"Wycieczka" rozpoczęła się 30 stycznia 1945 roku w asyście-eskorcie torpedowca "Löwe". Już po odpłynięciu , na pokład wciągnięto jeszcze kilkaset osób z innego statku z uchodźcami...
Dwa i pół tygodnia wcześniej, 11 stycznia w swój drugi patrol bojowy na radzieckim podwodnym okręcie typu Staliniec S-13, wraz z załogą, wyruszył komandor podporucznik Aleksander Iwanowicz Marinesko.
30 stycznia czatując na krawędzi Ławicy Słupskiej namierzył swój cel...
Była 21:16....Torpedy były trzy-pierwsza z nich rozerwała poszycie dziobu. Druga trafiła w środek statku na wysokości basenu pływackiego, a trzecia w maszynownię....Zabici, panika, popłoch, histeria...
Wielu zginęło od razu, wielu nie miało szans na wyjście, a i ci co byli na pokładzie szanse mieli niewielkie...
Wystarczyły minuty i morze zaroiło się od trupów...To była bardzo zimna noc- temperatura wody: około 4 stopnie, temperatura powietrza: minus 18 stopni.Wiał lodowaty wiatr, padał śnieg.
Około godziny 22:25, 65 minut po storpedowaniu, okręt całkowicie zanurzył się w morzu.
Niemcy od razu zorganizowali akcję ratunkową. Według różnych szacunków, uratowało się ponad 1000 pasażerów nieszczęsnego rejsu.
Część z ofiar została w tajemnicy pochowana w Łebie i Ustce, reszta pozostała na zawsze na dnie....
W 1994 roku Polska uznała wrak MS" Wilhelm Gustloff" za mogiłę wojenną, w związku z czym zakazane jest nurkowanie na wrak i w promieniu 500m od niego.
Dziesięć dni później 10 lutego 1945 S-13 storpedował i zatopił u polskich wybrzeży transportowiec SS "General von Steuben", na którym zginęło ok. 3000-4500 Niemców, prawie połowę stanowili ranni żołnierze. Płynął z Piławy do Świnoujścia.
Następnym w kolejce był MS "Goya". 16 Kwietnia u wybrzeży południowego cypla Mierzei Helskiej - po czterech godzinach od wyjścia z portu został uszkodzony przez radzieckie bombowce. Około godziny 23:52 12 mil morskich od Łeby dosięgły go dwie torpedy z radzieckiego L-3. Tu dowodził Władimir Konstantynowicz Konowałow. ( również Bohater Związku Radzieckiego) W lodowatej wodzie zginęło co najmniej 6000 osób
( możliwe, że więcej).
marinescu
A na zdjęciu pomnik naszego bohaterskiego podwodniaka, stojący w Kaliningradzie. On zaś 13 września 1945 roku za lekceważenie obowiązków, "systematyczne pijaństwo i rozwiązłość obyczajową" został odsunięty od służby na okrętach podwodnych i zdegradowany do starszego lejtnanta.Potem pływał na trałowcach a w listopadzie '45 przeniesiono go do rezerwy.Pływał na statkach handlowych, za kradzież wylądował na dwa lata w obozie na Kołymie. Dla wielu jednak był bohaterem. Zmarł w wieku 50 lat w 1963 roku w Leningradzie.Doceniono go oficjalnie, jako "podwodniaka nr 1" 27 lat po śmierci. 5 maja 1990 otrzymał tytuł Bohatera Związku Radzieckiego.......................
 
i jeszcze link do artykułu  na trojmiasto.pl
http://historia.trojmiasto.pl/70-lat-od-zatopienia-Gustloffa-Czy-jest-co-obchodzic-n87144.html
 
 

m/s Konopnicka- rocznica wielkiej tragedii

redmysza1

55 lat temu w Stoczni Gdańskiej rozegrała się wielka tragedia. 5 lat temu na portalu Trojmiasto.pl ukazał się ten artykuł.

link do niego :http://historia.trojmiasto.pl/Rocznica-najwiekszej-katastrofy-w-powojennej-historii-stoczni-n53788.html#tri

tam również można posłuchać i obejrzeć utwór jaki napisał o tym smutnym wydarzeniu Jacek Kaczmarski

Tekst kopiuję, żeby mi nie umknął

299189Dawniejnieliczylisieludziealewynikizdjęcie autorstwaRocznica największej katastrofy w powojennej historii stoczni; m/s maria konopnicka, statek, katastrofa, stocznia im. lenina, pożar na statku

fot. Zbigniew Kosycarz/KFP zamieszczone w w/w artykule

 

 


Rocznica największej katastrofy w powojennej historii stoczni

13 grudnia 1961 r. na statku m/s Maria Konopnicka w Stoczni im. Lenina w Gdańsku zginęło 22 pracowników. Mogliby zostać uratowani, ale w stoczni uznano, że wycięcie otworu w burcie jeszcze pogorszy sprawę. A może chodziło o to, by nie zniszczyć jednostki przeznaczonej dla ZSRR?
M/S Maria Konopnicka to budowany w latach 60. drobnicowiec, tzw. dziesięciotysięcznik. Dla ówczesnej władzy mało było rzeczy ważnych, ale jedna pozostawała niepodważalna: plany. Plany trzeba było realizować, najlepiej co najmniej w 150 proc., aby podkreślić swe zaangażowanie we wsparcie władzy ludowej. Kto planów nie realizował - nie miał szans na poparcie partii, choćby w sprawie awansu na brygadzistę.

Plan to podstawa

Niektórzy prześcigali się więc w realizacji planów, choć oczywiście nie swoimi rękami. Z pewnością należeli do nich zarządzający Stocznią Gdańską im. Lenina. 13 grudnia 1961 roku M/S Maria Konopnicka był już po próbach morskich, ale wrócił do stoczni, by go doposażyć i poprawić usterki. Do zakończenia prac pozostały już tylko trzy dni. 16 grudnia statek miał być przekazany armatorowi. Usterek - choć głównie drobnych - była cała masa, więc oddanie statku w terminie było niemożliwie. Ale nie dla dyrekcji stoczni. Powiedzenie "wszystkie ręce na pokład" zostało wprowadzone w życie całkowicie dosłownie. Do pracy skierowanych zostało 300 robotników.

Spłonął żywcem

Jak to zawsze przy podobnych zrywach bywało, nikt prac nie ogarniał, nadzór był fikcją. Liczył się tylko czas. Tragedia zaczęła się przy rurociągu, który dostarczał paliwo do agregatu prądotwórczego. Jedna z ekip odłączyła rurociąg, by poprawić nieszczelne spawy. Nie wiedział o tym inny stoczniowiec, który chciał ponownie włączyć prąd, by pracować i odkręcił zawór z ropą. Ropa zalała jednego ze spawaczy, który spłonął żywcem. Wylewała się jednak dalej, płonąc w kolejnych pomieszczeniach.Pracownicy zaczęli uciekać, zamykając za sobą drzwi i śluzy. Statki są tak budowane, by zamykane sekcje pozwoliły zatrzymać pożar. Tym razem śluzy zatrzymały nie tylko ogień, ale i ludzi. Odcięły drogę ucieczki 22 pracującym pod pokładem robotnikom.Schronili się w maszynowni. Tam nie było pożaru, ale nie było też wyjścia. Mimo tego stoczniowców można było uratować.

Młotem kadłuba nie przebili...

Najpierw przyjechali strażacy. Późno, bo nikt nie potrafił im wytłumaczyć, gdzie cumuje statek. W końcu jednak dotarli na miejsce. Tylko, że nie mieli właściwego sprzętu: nie tylko aparatów tlenowych, a nawet ognioodpornych ubrań. W efekcie nie mogli wejść do zadymionego statku.Uwięzieni stoczniowcy nie poddawali się. Walili młotami w kadłub - do dziś nie wiadomo czy po ty, by wskazać ratownikom miejsce, w którym przebywają, czy mieli nadzieję, że może uda się im wydostać. - Miałam wtedy 11 lat, a w maszynowni schronił się mój ojciec Klemens Zieliński. Przez długie godziny czekano na decyzję z Warszawy: czy wyciąć dziurę w poszyciu. Gdy nareszcie nadeszła, było już za późno. Podobno mój tata jeszcze oddychał, gdy w końcu ich wyciągnęli. Nie przeżył - mówi pani Cecylia.

To były inne czasy...

Nie uratował się żaden z 22 stoczniowców. W tamtych czasach nie bardzo wiedziano jeszcze gdzie wycinać dziury w poszyciu. Nie tłumaczy to jednak opieszałości dyrekcji gdańskiej stoczni. Przez lata ludzie mówili potem, że decyzji nie podjęto, bo statek miał być przekazany ZSRR.Władze stoczni tłumaczyły, że z cięcia kadłuba zrezygnowano, bo dopływ tlenu do wnętrza statku mógłby jeszcze podsycić pożar.- Było jakieś śledztwo, ale to były inne czasy, nikt się nie przejmował jak teraz. Dopiero w 2004 roku przed stocznią odsłonięto tablicę pamiątkową. Nikt nawet nie wymienił na niej nazwisk, a różne źródła podają, że było tam 21 lub 22 osoby - dodaje pani Cecylia.Od tamtej pory na każdym budowanym statku oznacza się miejsce na zewnętrznej części kadłuba, które w razie czego może być rozcięte i służyć jako otwór ewakuacyjny.M/S Maria Konopnicka do końca swoich dni była pechowym statkiem. Po pożarze przez rok była remontowana, a potem przez 17 lat pływała we flocie Chipolbroku na Dalekim Wschodzie. Później użytkowali ją Chińczycy, nadając nowe imię - Yixing. 30 października 1980 roku statek całkowicie spłonął podczas postoju w Szanghaju.

Michał Sielski
m.sielski@trojmiasto.pl 

© Trójmiejskie opowieści przeróżnej treści
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci